African to nie nazwa odmiany, tylko nazwa kontynentu wpisana w rubrykę „rodowód”. Obejmuje populacje, które nigdy się ze sobą nie zetknęły. A cały wkład Afryki do dzisiejszych rodowodów daje się sprowadzić do dwóch pozycji — i obie pochodzą z południa kontynentu.
African w skrócie
| Inne nazwy w obiegu | African Sativa, African Landrace, afrykańska sativa |
| Hodowca | brak — nazwa zbiorcza, nie linia hodowlana |
| Rodowód | brak — populacje miejscowe z kilkudziesięciu regionów kontynentu |
| Typ | sativa według deklaracji producentów, zapis 100/0 |
| Terpen wiodący | zwykle terpinolen, ale bez wartości wiążącej |
Najszersza etykieta w katalogu
Rozdzielczość nazw geograficznych w katalogu bywa różna. Durban Poison odsyła do okolic jednego miasta. Thai do jednego kraju, Jamaican do jednej wyspy.
„African” obejmuje trzydzieści milionów kilometrów kwadratowych. Mieszczą się pod nią rośliny z okolic Durbanu, znad jeziora Malawi i ze stoków Kilimandżaro.
Precyzją odpowiada to mniej więcej temu, co o winoroślach mówiłaby nazwa „European”. Dwa oznaczenia sprzedawane pod tą etykietą mogą nie mieć wspólnego nic poza kontynentem.
Nazwa portu, nie nazwa stanowiska
Powód tej luki jest archiwalny, nie botaniczny. Najlepiej widać go przez porównanie dwóch tras.
Po materiał azjatycki i amerykański hodowcy jeździli osobiście. Wracali z nasionami i z notatką, w której było miejsce, rok i czasem nazwisko rolnika. Ta notatka jest całą dokumentacją, jaką mają dziś Thai czy odmiany afgańskie.
Z Afryki materiał wychodził inaczej — kanałami handlowymi, bez zbieraczy. Nasiona trafiały na Zachód jako domieszka w ładunku. Nazwę dostawały od miejsca przeładunku.
Stąd „Durban”: to nazwa portu, nie stanowiska. Stąd też „African” jako etykieta zbiorcza. Kiedy nie wiadomo nawet, przez który port materiał przeszedł, zostaje sam kontynent.
Konsekwencja jest twarda. „African” w rodowodzie nie jest informacją, tylko przyznaniem się do jej braku.
Kontynent, który wszedł do katalogu przez jedno miasto
Ślad afrykański w dzisiejszych drzewach genealogicznych jest wąski, ale trwały. Da się go wskazać palcem i sprowadza się do dwóch dróg.
Pierwszą jest Durban Poison z prowincji KwaZulu-Natal. Stoi po jednej stronie Girl Scout Cookies — tak przynajmniej podaje najczęściej powtarzany rodowód. Przez tę jedną krzyżówkę materiał z okolic Durbanu wszedł do całej gałęzi deserowej.
Drugą jest Power Plant, zbudowana wprost na południowoafrykańskim materiale i ustabilizowana już w Holandii.
Poza tymi dwiema drogami udział afrykański w katalogu jest śladowy. Cały kontynent wszedł do światowej hodowli praktycznie przez jeden port i jedną prowincję.
Reszta nazw pozostała lokalna. Utrwaliły się Swazi Gold z terenów dzisiejszego Eswatini, Malawi znad jeziora o tej samej nazwie oraz Kilimanjaro z Tanzanii. W obiegu bywają też Zamal z Reunionu i Angola Gold.
Materiał kongijski czy nigeryjski wraca w relacjach z epoki, ale nigdy nie doczekał się wyrównanej linii. Osobno stoi północ: populacje z marokańskiego Rifu weszły do obrotu jako surowiec haszyszowy i nigdy nie były opisywane jako odmiany.
Terpen, który ulatnia się pierwszy
Profil tej puli nie jest jednolity. Prowadzi w niej zwykle terpinolen o świeżej, żywicznej nucie znanej z jałowca i drzewa herbacianego. Za nim wymieniane są mircen, znany z chmielu i tymianku, oraz pinen o zapachu igliwia.
O terpinolenie warto wiedzieć jedno: jest lekki i ulatnia się szybciej niż reszta profilu. Opuszcza materiał roślinny wcześniej niż związki cięższe.
Skutek jest praktyczny. Profil oznaczony w materiale świeżym i ten sam profil po kilku miesiącach to dwie różne listy. Terpinolen zjeżdża z górnej pozycji, a to, co pod nim, wychodzi na wierzch.
Przy nazwie zbiorczej dokłada się to do rozrzutu, który i tak jest duży. Nie wiadomo bowiem, z której populacji pochodzi badany materiał.
Przyprawy, anyż albo drewno
W opisach otwarcie jest ziołowe, pikantne i słodkawe. Wraca porównanie do suszonych przypraw.
Dalej zaczynają się różnice zależne od pochodzenia. Linie z południa kontynentu mają wyraźny akcent anyżowy. Wschodnioafrykańskie idą w stronę korzenno-drzewną. Te z wyżyn bywają ostrzejsze i bardziej cytrusowe.
Osobno wymieniana bywa nuta mango, przypisywana materiałowi z Eswatini. Przy nazwie zbiorczej żaden z tych opisów nie jest jednak wiążący dla całości.
Liście przykwiatowe: jedyny znak, który da się zmierzyć
Kiedy nazwa nie odsyła do jednej populacji, opis budowy musi mówić o rozpiętości. Najlepiej widać ją na przylistkach, czyli łuskowatych osłonkach otulających pojedynczy kwiat — to z nich składa się szyszka.
W materiale z południa kontynentu zachodzą one na siebie brzegami. Kwiatostan ma przez to zarys ciągły, bez widocznych przerw.
W liniach wschodnioafrykańskich to samo ułożenie jest luźniejsze. Osłonki są węższe i dłuższe, odstają od osi, a między kolejnymi piętrami widać prześwity.
Trzeci wariant, spotykany w materiale wyżynnym, ma je krótkie i szerokie, o zaokrąglonym wierzchołku.
To nie są trzy odmiany ani trzy warianty jednej linii. To trzy niezależne populacje, które nazwano tak samo. Barwa nie pomaga w ich rozróżnieniu: bywa zielona, fioletowawa i szarozielona w każdym z wariantów.
Nota redakcyjna
Przy nazwach zbiorczych rodowodu nie da się podać. Opisujemy obszar, a tu obszarem jest cały kontynent.
Dla afrykańskich odmian miejscowych nie istnieją zbiory referencyjne ani okazy zielnikowe. Nie ma więc czego z czym porównać, gdy dwa opisy przestają do siebie pasować.
Lokalizacje populacji wyjściowych pochodzą z relacji hodowlanych. Rodowód Girl Scout Cookies z udziałem Durban Poison jest wersją najczęściej powtarzaną, ale nie potwierdzoną dokumentacją.
Nie zamieszczamy zestawienia odczuć. Przy nazwie obejmującej kilkadziesiąt niezależnych populacji takie zestawienie nie opisywałoby żadnej z nich.


Opinie
Na razie nie ma opinii o produkcie.