Dlaczego nazwa odmiany nie należy do nikogo
Ta sama nazwa odmiany bywa używana przez dziesiątki niezależnych hodowców dla roślin, które czasem nie mają ze sobą nic wspólnego. To nie…

Nazwy odmian od nazwisk powstają na cztery różne sposoby: jako hołd złożony bez żadnej umowy, jako licencja podpisana przez żyjącą osobę, jako przypadkowy zbieg numerów i jako zapożyczenie z fikcji. Jack Herer, Gary Payton, Larry Bird, Charlotte’s Web, Bruce Banner, Chemdawg i Bubba Kush stoją w katalogu obok siebie i wyglądają tak samo, a za każdą z tych nazw kryje się inna historia i zupełnie inny status prawny. Jedna powstała z podpisu na umowie licencyjnej, druga z numeru w notatniku selekcjonera, trzecia z sympatii do człowieka, którego nikt nie pytał o zdanie.
Cały temat trzyma się na jednym rozróżnieniu, które warto mieć w głowie od pierwszego akapitu: czym innym jest nazwa krążąca w obrocie między ludźmi, a czym innym nazwisko wydrukowane na opakowaniu produktu. Prawo prawie nigdy nie ściga tej pierwszej — nie ma kogo pozwać i nie ma czego zakazać. Reaguje dopiero na tę drugą, bo dopiero tam pojawia się komercyjne wykorzystanie cudzej tożsamości. Wszystkie spory, które opisuję niżej, dotyczą etykiet, a nie nazw w katalogach.
Nazwisko w nazwie odmiany nie jest jednym zjawiskiem, tylko sześcioma naraz — i dopiero rozdzielenie ich pozwala powiedzieć cokolwiek sensownego o tym, kto tu ma jakiekolwiek prawa. Poniższe zestawienie porządkuje drogi, którymi człowiek trafia do katalogu, według jednego kryterium: kto teoretycznie mógłby zaprotestować.
| Droga | Przykład | Kto nadał nazwę | Czy była zgoda | Kto mógłby zaprotestować |
|---|---|---|---|---|
| Hołd | Jack Herer | Firma nasienna | Brak umowy; relacja przyjazna | Osoba za życia, potem jej bliscy albo spadkobiercy |
| Licencja | Gary Payton | Marka handlowa | Podpisana umowa na nazwisko i wizerunek | Nikt — zgoda jest dokumentem |
| Zbieg numerów | Larry Bird (Gelato 33) | Ekipa selekcjonująca | Nikt nikogo nie pytał, bo nazwa wyszła z numeru | Teoretycznie osoba, praktycznie nikt |
| Fikcja | Bruce Banner, Purple Urkle | Hodowca | Brak | Właściciel praw do postaci, nie aktor |
| Autopodpis | Neville’s Haze | Sam nazwany | Zbędna | Nabywca firmy, gdy nazwisko zostanie sprzedane razem z nią |
| Eponim | Nazwisko jako określenie kategorii wyrobu | Użytkownicy, spontanicznie | Brak i bez znaczenia | Nikt — nazwa stała się rodzajowa |
Rozstrzygające jest to, czego w tej tabeli nie ma: żadna z tych dróg nie zostawia śladu w nazwie. Patrząc na wpis w katalogu, nie da się odróżnić nazwiska licencjonowanego od zawłaszczonego, a numeru koszulki od numeru fenotypu. Dwie nazwy z pierwszych trzech wierszy powstały wręcz dokładnie tym samym mechanizmem — i różnią się wyłącznie tym, że pod jedną ktoś się podpisał. Od nich zacznę, bo pokazują cały problem w miniaturze.
Selekcja z partii nasion polega na wysianiu kilkudziesięciu sztuk i przejrzeniu tego, co wzeszło. Żeby móc o poszczególnych roślinach rozmawiać, ekipa nadaje im numery porządkowe. Numer jest roboczy, ma znaczyć „ta trzydziesta trzecia” i nic więcej — ale kiedy jedna z ponumerowanych roślin okazuje się tą, którą warto zachować, numer przykleja się do niej na zawsze. Tak powstały nazwy w rodzaju Gelato 33, Gelato 41 czy Gelato 45.
Selekcję prowadziła w rejonie Zatoki San Francisco ekipa Sherbinskisa na początku poprzedniej dekady, krzyżując Sunset Sherbet z jednym z fenotypów Girl Scout Cookies. Trzydziesty trzeci fenotyp z tej partii został tym, który zachowano — i od tego numeru wzięła się druga, obiegowa nazwa: Larry Bird, bo koszykarz Boston Celtics grał w koszulce z numerem 33. Nazwa nie wzięła się z podziwu dla zawodnika. Wzięła się z liczby, która przypadkiem zgadzała się z jego koszulką.
Krąży też wersja odwrotna, w której pierwszy zbiór materiału miał miejsce w French Lick w stanie Indiana — rodzinnej miejscowości Birda — i to skojarzenie miało dopiero pociągnąć za sobą numer. Ta wersja jest wyraźnie słabsza i warto powiedzieć wprost dlaczego. Po pierwsze, selekcja była prowadzona w Kalifornii i nic nie tłumaczy, dlaczego akurat ta partia miałaby trafić do miasteczka w Indianie. Po drugie, numeracja objęła cały nabór fenotypów, a nie jeden: gdyby liczba 33 była hołdem, sąsiednie numery musiałyby być hołdem dla kogoś innego, a nie są niczyim hołdem. Prostsze wyjaśnienie zakłada, że numer był pierwszy, a koszykarz doszedł później — i to ono zgadza się z resztą znanych faktów.
Konsekwencja prawna tej kolejności jest zaskakująco duża. Larry Bird nigdy niczego nie podpisał, nikt nie zwracał się do niego o zgodę i nikt nie zbudował na jego nazwisku zarejestrowanego znaku towarowego. Nazwa funkcjonuje jako przezwisko robocze w obrocie, powtarzane przez ludzi, którzy nie sprzedają pod nim niczego opakowanego. To najczulsza możliwa forma użycia cudzego nazwiska: nikt nie ma tu wyraźnego adresata roszczenia, bo nie ma producenta, który by na tym nazwisku budował markę.
A teraz to samo, tylko odwrotnie. Kenny z Powerzzzup Genetics skrzyżował dwie linie i przejrzał potomstwo dokładnie w ten sam sposób. Zachowany fenotyp miał numer dwudziesty. Gary Payton, koszykarz Seattle SuperSonics wprowadzony do galerii sław w 2013 roku, grał przez całą karierę w koszulce z numerem 20 — a ekipa selekcjonująca, jak sama opowiadała, żyła koszykówką. Mechanizm identyczny jak przy Bircie: numer fenotypu spotkał się z numerem koszulki.
Tyle że tutaj wydarzyło się coś jeszcze. Znajomy Bernera, właściciela marki Cookies z Oakland, znał znajomego Paytona; doszło do spotkania w Oakland, z którego rodem jest zresztą sam koszykarz, i w 2019 roku podpisano umowę licencyjną obejmującą nazwisko oraz wizerunek. Odmiana weszła do sprzedaży jako produkt sygnowany przez konkretnego, żyjącego człowieka, który dostał za to pieniądze i publicznie o tym mówi. Różnica między dwiema nazwami z tego rozdziału nie leży więc ani w roślinie, ani w sposobie nazywania. Leży w jednym podpisie — i to on decyduje, czy nazwisko może stanąć na opakowaniu, w reklamie i na szyldzie sklepu.
Warto dodać jeden przypis o rejestrze. W Stanach Zjednoczonych federalna rejestracja znaku towarowego wymaga zgodnego z prawem federalnym używania w obrocie, więc dla samego materiału roślinnego jest niedostępna. Licencje sportowców opierają się w tej branży na umowie, na rejestrach stanowych i na klasach pobocznych — odzieży, mediach, gadżetach. Podpis znaczy tu więcej niż świadectwo z urzędu, bo świadectwa i tak nie będzie.
Jack Herer (1939–2010) był amerykańskim działaczem i autorem wydanej w 1985 roku książki, która przez dwie dekady krążyła w środowisku jako podstawowy argument w sporze o status rośliny. Nie był hodowcą, nie prowadził firmy nasiennej i nie miał nic wspólnego z selekcją. Nazwę odmiany nadano mu w połowie lat dziewięćdziesiątych w Amsterdamie, w firmie Sensi Seeds, i był to gest czysto honorowy.
Ten akurat hołd nie był składany przez obcych. Sensi Seeds należała do sponsorów książki Herera i do grona przedsiębiorstw, które wyłożyły sto tysięcy dolarów jako nagrodę dla każdego, kto obali zawarte w niej twierdzenia. Nazwa wyszła więc od partnera, nie od przypadkowej firmy szukającej rozpoznawalnego słowa. To ważne rozróżnienie, bo hołd między współpracownikami i zawłaszczenie nazwiska nieznajomego wyglądają w katalogu identycznie, a dzieli je wszystko.
Nie jest znana żadna podpisana umowa licencyjna dotycząca tej nazwy i nic nie wskazuje, żeby ktokolwiek jej potrzebował. Tak wygląda norma przy nazwach honorowych: osoba upamiętniona jest postacią publiczną własnego środowiska, nazwa działa jak wyróżnienie, a upamiętniony nie ma interesu w proteście. Prawo do nazwiska jest prawem prywatnym — istnieje niezależnie od tego, czy ktoś je wykonuje, ale bez czynnego uprawnionego nie dzieje się nic. Tolerowanie nazwy nie jest jednak licencją i, co ważniejsze, nie przechodzi na następców. Milcząca zgoda żyjącego działacza nie wiąże ludzi, którzy po jego śmierci będą decydować o jego nazwisku.
Herer zmarł w kwietniu 2010 roku, a nazwa zdążyła w tym czasie obrosnąć rodziną pochodnych. Najciekawsza jest strategia skracania: samo imię „Jack” stało się osobnym członem nazewniczym i weszło do kilkunastu nazw, w tym do Jack Haze. To nie jest wyłącznie wygoda językowa. Skrócenie nazwiska do imienia jest najtańszym sposobem odejścia od cudzej tożsamości, bo samo imię rzadko wskazuje konkretną osobę, a to wskazanie jest warunkiem większości roszczeń. Nazwa zostaje czytelna dla wtajemniczonych i traci uchwyt prawny. Szerszej rodziny nazewniczej, w którą Jack Haze wchodzi drugim członem, dotyczy osobne omówienie odmian hazowych.
Nazwy honorowe mają jeszcze jedną cechę, o której łatwo zapomnieć: obciążają upamiętnionego skojarzeniem, na które nie ma on wpływu. Działacz, którego nazwiskiem nazwano roślinę, zostaje związany z każdym późniejszym użyciem tej nazwy — także z tymi, których by nie firmował. Przy osobie żyjącej to kwestia rozmowy. Przy osobie zmarłej rozmowa jest niemożliwa, a decydują ci, którzy zostali.
Linia wyhodowana w Kolorado około 2011 roku przez braci Stanley nosiła najpierw nazwę żartobliwą: Hippie’s Disappointment, czyli „rozczarowanie hipisa”. Żart polegał na tym, że nazwa opisywała nie to, co roślina ma, tylko to, czego jej brakuje. Powstała ze skrzyżowania materiału odurzającego z konopiami włóknistymi i miała skrajnie nietypowy jak na tamten katalog skład kannabinoidowy.
Nazwę zmieniono, kiedy linia trafiła do rodziny Figi z Kolorado, a hodowcy postanowili nazwać ją imieniem ich córki, Charlotte (2006–2020). Powody tej zmiany należą do sfery medycznej i wykraczają poza zakres tego bloga — piszę tu wyłącznie o nazwie i o tym, co się z nią stało dalej. Rozgłos przyniósł nazwie amerykański materiał telewizyjny z 2013 roku, po którym przestała być nazwą jednej linii z jednej hodowli.
Pod względem nazewniczym jest to przypadek nietypowy potrójnie. Po pierwsze, upamiętnia osobę prywatną, a nie publiczną — cała reszta tego tekstu dotyczy koszykarzy, muzyków i działaczy, czyli ludzi, których nazwiska już wcześniej funkcjonowały w obrocie. Po drugie, dotyczy dziecka, więc jedynymi osobami zdolnymi wyrazić zgodę byli rodzice. Po trzecie, wybrane słowa są zarazem tytułem powieści dla dzieci E. B. White’a z 1952 roku, znanej i w Polsce. W jednej dwuwyrazowej nazwie zbiegły się więc trzy niezależne tytuły do wypowiadania się o niej: imię dziewczynki, wola jej rodziny i prawa do znanego tytułu literackiego. Z żadnego z tych trzech kierunków nie wyszedł znany publicznie spór.
Spór wyszedł skądinąd — z komercjalizacji. Nazwa stała się marką spółki notowanej na giełdzie, a spółka zaczęła jej bronić. W październiku 2019 roku amerykański urząd patentowy odmówił rejestracji federalnej, powołując się na status prawny towaru; w 2020 roku Charlotte’s Web, Inc. pozwała w Kalifornii przedsiębiorstwo AAXLL Supply Co, opierając się już nie na rejestracji, lecz na ochronie zwyczajowej. Obrona pozwanego uderzyła w sam fundament tematu: skoro nazwa odmiany jest z natury oznaczeniem rodzajowym odmiany rośliny, to nikt nie może jej zmonopolizować — ani spółka, ani rodzina, ani upamiętniona osoba.
Ten argument nie jest wybiegiem procesowym, tylko odbiciem realnej zasady z prawa nasiennego. W systemie ochrony odmian roślin nazwa odmiany — po polsku „nazwa odmianowa” — musi pozostać dostępna dla wszystkich, którzy tę odmianę rozmnażają, także po wygaśnięciu wyłączności hodowcy, i z założenia nie może być zawłaszczona jako znak towarowy dla tej samej rośliny. Nazwa odmianowa i znak towarowy są w tej konstrukcji przeciwieństwami: pierwsza ma być wspólna, drugi ma być czyjś. Kłopot w tym, że nazwy z katalogu odmian konopi nie są nazwami odmianowymi w tym sensie — nie pochodzą z żadnego rejestru i nikt ich nie nadaje urzędowo. Są nazwami handlowymi bez systemu, który by je porządkował, i dlatego każda próba ich ochrony prowadzi do pytań bez gotowych odpowiedzi. Ta sama luka wraca zresztą w każdej dyskusji o tym, czy nazwy odmian wprowadzają kupujących w błąd.
Charlotte Figi zmarła w kwietniu 2020 roku. Nazwa ją przeżyła i dziś oznacza przede wszystkim spółkę. To najczystszy w całym katalogu przykład drogi, którą imię konkretnego człowieka przechodzi od gestu do aktywa bilansowego.
Trzy nazwy z tego rozdziału wyglądają jak nazwiska, ale każda odsyła do czegoś innego: pierwsza do pseudonimu, druga do przezwiska, trzecia do nikogo. Różnica jest w prawie decydująca, bo cała ochrona nazwiska opiera się na tym, czy dane słowo wskazuje określonego człowieka.
Historia pierwszej zaczyna się w 1991 roku na koncercie Grateful Dead w Deer Creek w stanie Indiana. Krążąca tam partia materiału nosiła nazwę Dogbud; ktoś ze znajomych uznał, że wyczuwalna nuta paliwowa oznacza chemikalia, i zaczął mówić o niej chem weed. W torbie znalazło się kilkanaście nasion, a nazwa, którą je opisano, powstała ze zlepienia obu określeń: Chem + Dog. Greg Krzanowski, który te nasiona wysiał, jest znany do dziś jako „Chemdog”.
I tu pojawia się kwestia, w której źródła się rozchodzą: czy pseudonim był pierwszy, a nazwa wzięła się od człowieka, czy odwrotnie. Relacje opisujące zlepienie chem weed i Dogbud sugerują wyraźnie tę drugą kolejność — najpierw powstała nazwa materiału, a człowiek dostał ją jako przydomek. Jeśli tak było, Chemdawg jest w tym tekście przypadkiem jedynym: nie roślina nazwana od człowieka, tylko człowiek nazwany od rośliny. Wersji przeciwnej nie da się wykluczyć i uczciwiej jest napisać, że pewności tu nie ma.
Osobno warto zwrócić uwagę na pisownię. W obrocie utrwaliła się forma Chemdawg, choć sam zainteresowany konsekwentnie pisze swój przydomek jako Chemdog. Podmiana liter w nazwie jest w tej branży zabiegiem powtarzalnym i ma czytelny sens praktyczny: zmieniona litera pozwala utrzymać nazwę w obiegu, a jednocześnie osłabia twierdzenie, że używa się cudzego oznaczenia. Ten sam manewr wraca przy nazwach zapożyczonych od marek spożywczych i ma w tym serwisie osobne omówienie.
Druga nazwa jest prostsza. Bubba Kush wzięła się od przezwiska Matta „Bubby” Bergera, hodowcy z Florydy, który w relacji własnego autorstwa umieszcza początek linii tuż po 1996 roku: OG Kush zapyliła nieznaną linię przywiezioną z Nowego Orleanu, a całość dostała nazwę od przezwiska człowieka, który to zrobił. Przezwisko nie jest tu ozdobnikiem — jest jedynym elementem nazwy odsyłającym do osoby, bo drugi człon opisuje rodowód.
Prawo amerykańskie traktuje ksywę tak samo jak nazwisko, o ile wskazuje ona konkretnego człowieka. Przepis o rejestracji znaków mówi o oznaczeniu identyfikującym „określoną żyjącą osobę”, a nie o dokumencie tożsamości; jeżeli w danym środowisku „Bubba” albo „Chemdog” wskazuje jedną osobę, ochrona działa. I odwrotnie: przezwisko noszone przez tysiące ludzi nie wskazuje nikogo i nie uruchamia niczego.
Trzecia nazwa jest właśnie taka. Jean Guy powstała w Quebecu w 2005 roku, a ochrzcił ją Marc-Boris St-Maurice z montrealskiego ośrodka, rzucając na poczekaniu najbardziej quebeckie imię, jakie przyszło mu do głowy. To imię-wytrych, francusko-kanadyjski odpowiednik naszego „Kowalskiego” albo „Janusza”: ma brzmieć swojsko i nie wskazywać nikogo. Nazwa osobowa, która nie identyfikuje żadnej osoby, wypada poza cały aparat ochrony nazwiska — nie ma uprawnionego, więc nie ma sprawy. Jest to zarazem jedyna metoda nadania odmianie ludzkiego imienia bez najmniejszego ryzyka prawnego, a zarazem najrzadziej stosowana, bo taka nazwa nie sprzedaje.
Dwa nazwiska, które warto zestawić, bo pokazują dwa przeciwstawne końce tej samej osi. Pierwsze przestało należeć do kogokolwiek. Drugie należało do właściciela tak długo, jak długo należała do niego firma.
Nazwisko Ricka Simpsona, Kanadyjczyka, stało się w obiegu standardowym określeniem pewnej kategorii wyrobu i funkcjonuje dziś głównie jako trzyliterowy skrót. Czym ten wyrób jest i jak powstaje, nie należy do tematu tego bloga i tego nie opisuję. Dla nazewnictwa istotny jest sam mechanizm: Simpson opublikował swoją metodę bez zastrzegania czegokolwiek i odmówił jej komercjalizacji, więc nazwisko rozeszło się po rynku jako darmowa etykieta. Skutek jest podręcznikowy: nazwisko używane przez wszystkich na oznaczenie rodzaju towaru przestaje wskazywać pochodzenie i staje się określeniem rodzajowym.
Prawo znaków towarowych ma na to własną nazwę i własną procedurę. W Unii Europejskiej rozporządzenie o znaku towarowym przewiduje stwierdzenie wygaśnięcia prawa, jeżeli znak stał się w obrocie zwyczajową nazwą towaru; w polskiej ustawie o własności przemysłowej odpowiada temu wygaśnięcie prawa ochronnego wskutek utraty znamion odróżniających. Tą drogą przeszły w historii aspiryna, termos i eskalator, a w polszczyźnie potocznej — adidasy i pampersy. Nazwisko, które stało się nazwą kategorii, jest jedynym przypadkiem w całym tym tekście, w którym nikt nie może już nic ugrać, łącznie z człowiekiem, który je nosi.
Drugi biegun to podpis własny. Neville Schoenmakers, urodzony w Australii założyciel jednego z pierwszych komercyjnych przedsiębiorstw nasiennych w Holandii, dał swoje imię linii, którą prowadził; stąd Neville’s Haze. Zmarł w 2019 roku. Autopodpis jest jedyną drogą z tabeli, przy której kwestia zgody w ogóle nie powstaje — trudno nie zgodzić się z samym sobą.
Ma za to pułapkę własną, dobrze znaną w modzie i w gastronomii. Nazwisko, które jest jednocześnie oznaczeniem osoby i aktywem przedsiębiorstwa, sprzedaje się razem z przedsiębiorstwem. Kiedy firma zmienia właściciela, nazwisko na opakowaniu przechodzi na nabywcę, a człowiek, który je nosi, może stracić możliwość używania własnego nazwiska w obrocie — bo jego imię stało się cudzym znakiem. Historia projektantów mody, którzy przegrali z własną dawną firmą o prawo do sygnowania kolekcji nazwiskiem z metryki, jest długa i niewesoła. W branży nasiennej, gdzie firmy zmieniają właścicieli równie często, to ryzyko jest identyczne, tylko mniej opisane.
Na marginesie tej samej osi leży kategoria pokrewna: nazwy od bóstw i postaci religijnych, jak w przypadku członu „Shiva”. Nie ma tu osoby, więc nie ma uprawnionego z prawa do nazwiska — ale urzędy patentowe mają wobec takich oznaczeń własne zastrzeżenie, oparte na porządku publicznym i dobrych obyczajach. To jedyny przypadek, w którym sprzeciw wychodzi od urzędu, a nie od człowieka.
Instytucja, którą po angielsku nazywa się right of publicity, narodziła się w 1953 roku i — co dla tego tekstu wymowne — narodziła się w sporze o sportowców. W sprawie Haelan Laboratories przeciwko Topps Chewing Gum chodziło o wyłączne umowy z bejsbolistami na wykorzystanie ich wizerunków na kartach dołączanych do gumy do żucia. Sąd apelacyjny drugiego okręgu uznał, że obok prawa do prywatności istnieje odrębne, zbywalne prawo do handlowej eksploatacji własnej tożsamości, i ukuł dla niego nazwę. Cała współczesna konstrukcja prawa do nazwiska zaczęła się więc od zawodowego sportu i od kolekcjonerskich obrazków.
Kilka cech tego prawa trzeba znać, żeby zrozumieć spory opisane niżej. Po pierwsze, jest to prawo stanowe, nie federalne: część stanów uregulowała je ustawami, część wywodzi z prawa precedensowego, a zakres różni się między nimi znacząco. Po drugie, sięga daleko poza nazwisko i twarz. W sprawie Midler przeciwko Ford naruszeniem okazało się naśladowanie charakterystycznego głosu w reklamie, a w sprawie White przeciwko Samsung z 1992 roku wystarczył robot w blond peruce przy planszy do teleturnieju, żeby sąd dopatrzył się przywołania tożsamości konkretnej prezenterki. Chroniona jest rozpoznawalność, a nie litery nazwiska.
Po trzecie, sportowcy egzekwują to prawo bardzo twardo. Michael Jordan uzyskał w 2015 roku od sieci sklepów spożywczych blisko dziewięć milionów dolarów za reklamę gratulacyjną, w której użyto jego nazwiska bez zgody — reklamę, dodajmy, całkowicie przyjazną w wymowie. Sam fakt, że wypowiedź była pochlebna, nie ma tu znaczenia; znaczenie ma to, że była handlowa.
Dla nazw produktów najbliższym punktem odniesienia jest sprawa Rosy Parks przeciwko wytwórni LaFace z 2003 roku, dotycząca użycia jej nazwiska jako tytułu utworu muzycznego. Sąd szóstego okręgu przyjął, że tytuł podlega ocenie i może naruszać prawa osoby, jeżeli nie ma żadnego artystycznego związku z tym, co nazywa. Test sprowadza się do relacji między nazwą a nazywaną rzeczą — i to jest dokładnie ta oś, na której nazwa odmiany wypada słabo, bo związek między nazwiskiem koszykarza a rośliną nie istnieje poza numerem w notatniku.
Osobno działa strona rejestrowa. Amerykańska ustawa o znakach towarowych zawiera przepis znany jako klauzula nazwisk: nie rejestruje się oznaczenia, które składa się z nazwiska, wizerunku lub podpisu identyfikującego określoną żyjącą osobę, chyba że przedstawiono jej pisemną zgodę. To właśnie ten przepis stoi za słowem „licencja” w tabeli otwierającej ten tekst. Klauzula została zaatakowana jako sprzeczna z wolnością słowa w głośnej sprawie o znak „Trump too small” i w 2024 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych ją utrzymał, orzekając w sprawie Vidal przeciwko Elsterowi. Odrębny przepis tej samej ustawy pozwala odmówić rejestracji oznaczeniu, które fałszywie sugeruje związek z osobą — i on obejmuje także osoby nieżyjące.
Zderzenie tego systemu z branżą konopną daje wynik nietypowy. Skoro rejestracji federalnej dla samego materiału roślinnego uzyskać się nie da, klauzula nazwisk nigdy nie wchodzi w grę na etapie urzędowym. Podpis jest potrzebny nie po to, żeby przejść przez urząd, tylko po to, żeby przejść przez sąd stanowy — i po to, żeby ta sama nazwa mogła zostać zarejestrowana dla odzieży, mediów i sklepów, czyli tam, gdzie rejestracja jest możliwa.
Polskie prawo nie zna odrębnego, zbywalnego prawa do handlowej eksploatacji tożsamości. Nazwisko, pseudonim i wizerunek są u nas dobrami osobistymi, wymienionymi wprost w katalogu z Kodeksu cywilnego i chronionymi roszczeniami o zaniechanie, usunięcie skutków naruszenia oraz zadośćuczynienie. Wizerunek ma dodatkowo własny przepis w prawie autorskim, który uzależnia rozpowszechnianie od zgody, z wyjątkami dla osób powszechnie znanych w związku z pełnionymi funkcjami i dla osób stanowiących szczegół całości. Nazwisko na opakowaniu towaru nie mieści się w żadnym z tych wyjątków — użycie handlowe jest tu zawsze użyciem wymagającym zgody.
Różnica w konstrukcji jest głębsza, niż wygląda. Amerykańskie prawo do publicity jest majątkowe: da się je przenieść, wycenić i odziedziczyć, dlatego spadkobiercy występują tam jako właściciele aktywa. Polskie dobra osobiste są niezbywalne i wygasają wraz ze śmiercią uprawnionego. To, co zostaje po śmierci, nazywa się kultem pamięci osoby zmarłej i jest dobrem osobistym osób bliskich, a nie majątkiem zmarłego. Bliscy działają więc we własnym imieniu i muszą wykazać naruszenie własnych uczuć związanych z pamięcią, a nie złamanie umowy licencyjnej, której nie ma.
Praktyczny skutek tej różnicy widać najlepiej na przykładzie hipotetycznym. Gdyby ta sama nazwa upamiętniająca zmarłego muzyka trafiła na opakowanie w Kalifornii i w Polsce, amerykański sąd pytałby o zakres praw nabytych przez spadkobierców i o wysokość utraconej opłaty licencyjnej, a polski — o to, czy naruszono uczucia rodziny. Inne roszczenia, inne dowody, inne kwoty.
Rejestr znaków ma po tej stronie oceanu własne bezpieczniki. Polska ustawa o własności przemysłowej nie pozwala udzielić prawa ochronnego na oznaczenie, którego używanie narusza prawa osobiste lub majątkowe osób trzecich, ale jest to przeszkoda względna — ktoś musi ją podnieść w sprzeciwie, urząd nie bada tego z urzędu. W prawie unijnym odpowiednikiem jest podstawa unieważnienia znaku unijnego oparta na wcześniejszym prawie do nazwiska, chronionym przepisami krajowymi. Osobno, i dla tej akurat branży znacznie częściej, wchodzi w grę bezwzględna przeszkoda oparta na porządku publicznym i dobrych obyczajach.
Warto też odnotować rzecz odwrotną: nazwisko jako znak towarowy jest w Europie normalnie rejestrowalne, a Trybunał Sprawiedliwości przesądził w sprawie o pospolite angielskie nazwisko, że sama jego powszechność nie może być powodem odmowy. Nazwiska rzadkie odróżniają lepiej, pospolite gorzej, ale kryterium jest jedno i to samo co przy każdym innym oznaczeniu.
Na koniec uczciwe zastrzeżenie: w Polsce żaden z tych przepisów nie został przetestowany na nazwie odmiany, bo nazwy te krążą tu w obiegu, który nie umieszcza ich na legalnie sprzedawanym opakowaniu. Kwestia jest u nas teoretyczna. W Ameryce Północnej, gdzie te same nazwy stoją na etykietach w sklepach, jest jak najbardziej praktyczna — i tam też toczą się spory.
Najlepiej udokumentowany spór w tej okolicy nie dotyczy nazwy odmiany, tylko nazwiska na opakowaniu — i właśnie dlatego jest tak pouczający. Purple Haze to jedna z najstarszych nazw w katalogu, wzięta wprost z tytułu utworu Jimiego Hendriksa z 1967 roku. Krążyła w obiegu przez pół wieku i nikt nigdy nie próbował jej z tego obiegu usunąć.
W sądzie skończyło się co innego. Spółki prowadzone przez spadkobierców muzyka — Experience Hendrix i Authentic Hendrix — pozwały w nowojorskim sądzie federalnym Andrew Pitsicalisa oraz Leona Hendriksa, brata Jimiego, w związku z wyrobami sygnowanymi jako „Jimi’s Cannabis Collection Purple Haze” oraz linią win. Przedmiotem sporu było wykorzystanie nazwiska, wizerunku i podpisu na towarze, a nie samo słowo z tytułu piosenki. W 2018 roku sędzia Paul Engelmayer nałożył na pozwanych sankcje procesowe za niszczenie dowodów elektronicznych i ukrywanie komputerów. Pozwani wystąpili z powództwem wzajemnym, twierdząc, że spadkobiercom nie przysługuje żadne ogólne prawo do wizerunku i osobowości zmarłego.
Ta sprawa rysuje granicę, która przewija się przez cały ten tekst. Nazwa krążąca w handlu przez pięćdziesiąt lat nie stała się przedmiotem sporu, a nazwisko i podpis na pudełku stały się nim natychmiast. Różnica nie polega na tym, że jedno jest legalne, a drugie nie. Polega na tym, że w pierwszym przypadku nie ma ani pozwanego z majątkiem, ani dowodu na komercyjne wykorzystanie tożsamości, a w drugim jest jedno i drugie.
Wcześniejszy wątek tego samego konfliktu toczył się latami w stanie Waszyngton i dorobił się prawnej ciekawostki. Tamtejszy ustawodawca zmienił ustawę o prawach osobistych tak, by ochrona po śmierci obejmowała także Hendriksa, mimo że muzyk zmarł w 1970 roku i nie mieszkał w tym stanie w chwili śmierci. Przepis pisany pod jednego nieżyjącego muzyka był następnie atakowany jako niezgodny z konstytucją. Rzadko widać równie wyraźnie, że ochrona nazwiska po śmierci jest decyzją polityczną, a nie prawem naturalnym.
Czas trwania tej ochrony różni się zresztą drastycznie. Kalifornia przyjęła siedemdziesiąt lat od śmierci, Indiana sięgnęła stu, a stan Nowy Jork wprowadził ochronę pośmiertną dopiero ustawą z 2020 roku, na czterdzieści lat i wyłącznie wobec osób zmarłych po jej wejściu w życie. To, czy rodzina zmarłego w ogóle może wystąpić, zależy więc od tego, gdzie ten człowiek zmarł i gdzie sprzedaje się towar z jego nazwiskiem. Dwie identyczne sprawy w dwóch stanach mogą skończyć się przeciwnie.
A co dzieje się, gdy sprzeciwia się osoba żyjąca? Prawie nigdy nie kończy się to procesem. Standardem jest wezwanie do zaprzestania i cicha zmiana nazwy — kosztuje mniej niż tydzień pracy prawnika, a druga strona nie ma czego bronić. Rynek wyciągnął z tego wniosek najprostszy z możliwych i zamiast czekać na wezwania, zaczął zapraszać nazwanych do współpracy: marki firmowane przez Williego Nelsona, Snoop Dogga, Whoopi Goldberg czy Mike’a Tysona to nie są hołdy, tylko umowy. W ciągu dekady nazwisko na etykiecie przeszło w tej branży z kategorii żartu do kategorii kosztu licencyjnego.
Postać fikcyjna nie ma dóbr osobistych, bo nie jest człowiekiem. Ma za to właściciela — i to jest różnica na niekorzyść tego, kto nazwę zapożyczył. Człowiek musi sam się upomnieć, sam znieść koszt sporu i wykazać naruszenie własnych praw. Właściciel praw do postaci ma dział prawny, roczny budżet na egzekwowanie znaków i roszczenie, w którym wystarczy wykazać ryzyko wprowadzenia w błąd albo rozwodnienie renomy. Dlatego nazwy od postaci fikcyjnych znikają z katalogów szybciej niż nazwiska prawdziwych ludzi.
Bruce Banner powstał w Delta 9 Labs we współpracy z Dark Horse Genetics ze skrzyżowania OG Kush z linią Strawberry Diesel i wziął nazwę od bohatera komiksów wydawnictwa Marvel — naukowca o podwójnej tożsamości. Dowcip nazewniczy polegał właśnie na dwoistości, a nie na samym nazwisku. Publicznie znanego sporu o tę nazwę nie odnotowano i funkcjonuje ona do dziś, co pokazuje, że właściciele praw reagują wybiórczo: ścigają to, co wchodzi im w rynek, a nie wszystko, co da się znaleźć w internecie.
Ciekawszy jest przypadek nazwy Purple Urkle, odsyłającej do bohatera amerykańskiego serialu z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, z podmienioną jedną literą. Pochodzenie samej linii lokuje się w kalifornijskim Emerald Triangle i bywa wywodzone z Mendocino Purps, przy czym część relacji umieszcza ją przed premierą serialu. Jeżeli to prawda, mamy do czynienia z sytuacją, w której nazwa została doklejona do rośliny już krążącej w obiegu — a to zdarza się w tym katalogu znacznie częściej, niż wynikałoby z porządnie brzmiących historii nazw.
Rozwinięcie tej historii jest niemal wykładem z prawa własności intelektualnej. W 2021 roku aktor, który grał tytułową postać, sam wszedł na ten rynek z własną linią, której nazwa gra tym samym słowem, ale nie jest imieniem bohatera. Powód jest prosty: aktorowi przysługują prawa do własnego nazwiska i wizerunku, ale nie do granej postaci — ta należy do wytwórni. Człowiek, który zbudował rozpoznawalność tej postaci, musiał więc obejść jej imię, żeby móc handlować własną sławą. Trudno o lepszą ilustrację tego, że prawo do nazwiska i prawo do postaci to dwa zupełnie osobne uprawnienia.
Najbardziej widoczny skutek tej presji dotyczy nazw z uniwersum Star Wars. Skywalker, Skywalker OG, Yoda OG, Death Star czy Darth Vader OG funkcjonowały w obiegu latami, a właściciel praw do tej serii ma opinię wyjątkowo konsekwentnego w egzekwowaniu znaków. Reakcja nie przyszła jednak z sądu, tylko z serwisów katalogujących: wpisy przemianowano, opisując je rodowodem zamiast nazwą. Skywalker figuruje w największym z tych serwisów jako Mazar x Blueberry, Skywalker OG jako „Mazar x Blueberry OG”, a Ewok jako „Alien Walker”. Rodowód zastąpił nazwę — i jest to prawdopodobnie najczystszy przykład tego, jak prawo znaków towarowych przepisuje nazewnictwo bez jednego wyroku.
Bezpieczną przystanią pozostają postacie z domeny publicznej: bohaterowie baśni, mitologii i utworów, do których prawa autorskie wygasły. Nazwa nawiązująca do Kopciuszka nie ma właściciela, który mógłby ją zakwestionować — chyba że sięgnie po konkretną, chronioną wersję postaci z filmu animowanego, co jest błędem popełnianym regularnie.
Na koniec jedno zdanie o kategorii, którą ten tekst celowo pomija: spory z firmami o nazwy zapożyczone od produktów rynkowych, jak w przypadku Gorilla Glue czy Girl Scout Cookies, mają w tym serwisie własne, szczegółowe omówienia — obie sprawy skończyły się zmianą oznaczeń i obie dotyczyły znaku towarowego przedsiębiorstwa, a nie nazwiska człowieka.
Do nadania nazwy krążącej w obiegu nikt zgody nie potrzebuje, bo nie ma organu, który by nazwy odmian zatwierdzał. Zgoda staje się konieczna dopiero wtedy, gdy nazwisko ma stanąć na opakowaniu, w reklamie albo we wniosku o rejestrację znaku towarowego. Amerykańska ustawa o znakach żąda w takim przypadku pisemnej zgody określonej żyjącej osoby, a prawo polskie potraktuje handlowe użycie cudzego nazwiska jako naruszenie dobra osobistego. Praktyka branży poszła zresztą w tę stronę sama: nazwy sygnowane przez rozpoznawalne osoby są dziś zwykle przedmiotem umowy licencyjnej.
To zależy od systemu prawnego i od tego, gdzie sprzedaje się towar. W części stanów USA prawo do handlowej eksploatacji tożsamości przechodzi na spadkobierców na kilkadziesiąt lat — od czterdziestu w stanie Nowy Jork, przez siedemdziesiąt w Kalifornii, po sto w Indianie. W Polsce dobra osobiste wygasają ze śmiercią, a bliscy mogą powoływać się na własne dobro osobiste w postaci kultu pamięci osoby zmarłej. Praktyczna konsekwencja jest taka, że milcząca zgoda za życia niczego nie zabezpiecza na przyszłość.
Podmiana litery jest w tym nazewnictwie zabiegiem celowym. Nazwa z jedną zmienioną głoską zostaje rozpoznawalna dla odbiorcy, a jednocześnie oddala się od cudzego oznaczenia — utrudnia twierdzenie, że używa się dokładnie tego samego słowa. Stąd współistnienie form Chemdog i Chemdawg czy Urkle i Urkel. W praktyce skuteczność takiego zabiegu bywa niewielka, bo ocena podobieństwa oznaczeń uwzględnia także brzmienie i skojarzenie, a nie wyłącznie zapis.
Nie mówi nic. Mówi natomiast sporo o momencie i środowisku, w którym nazwa powstała: o modzie na numerowanie fenotypów, o tym, kto z kim wtedy współpracował, i o tym, czy nazwa miała funkcjonować w obiegu towarzyskim, czy na etykiecie. Nazwisko jest w tym katalogu informacją historyczną i handlową, a nie opisową. Jak odczytywać pozostałe elementy takiego wpisu, opisuje osobny tekst o tym, jak czytać opis odmiany.
Teoretycznie tak — nazwisko jest dobrem osobistym, a roszczenie o zaniechanie przysługuje każdemu, czyje dobro naruszono. Praktycznie nikt w Polsce takiej sprawy nie prowadził, bo nazwy odmian nie występują u nas na legalnie sprzedawanym opakowaniu z nazwiskiem, a bez komercyjnego użycia trudno wskazać zarówno naruszenie, jak i adresata żądania. Inaczej wygląda to w krajach, w których te same nazwy stoją na etykietach w sklepach.
Nazwiska są w tym katalogu warstwą stosunkowo cienką, ale wyjątkowo dobrze datowaną: każde z nich wskazuje konkretny rok, konkretną ekipę i konkretną decyzję. Skala samego zjawiska nazewniczego, w które te nazwiska wchodzą, jest widoczna dopiero na pełnej liście wszystkich odmian marihuany.
Materiał ma charakter informacyjny i encyklopedyczny. Nie stanowi porady medycznej ani zachęty do stosowania. Medyczna marihuana jest w Polsce dostępna wyłącznie na receptę, a o doborze produktu decyduje lekarz prowadzący.
Opisujemy odmiany na podstawie deklaracji producentów i dokumentacji hodowlanej. Gdy dane nie istnieją, zapisujemy to wprost, zamiast podawać domysł.
Ta sama nazwa odmiany bywa używana przez dziesiątki niezależnych hodowców dla roślin, które czasem nie mają ze sobą nic wspólnego. To nie…
"Odmiana" w świecie konopi brzmi jak termin naukowy, ale w Polsce i UE nie ma dla marihuany żadnego urzędowego rejestru, jak dla…
Polskie nazwy odmian marihuany nie są nazwami nadanymi — są nazwami, którym coś się po drodze przydarzyło. Żadna instytucja ich nie ustaliła,…
Używamy plików cookie niezbędnych do działania strony. Za Twoją zgodą chcemy też mierzyć ruch i wyświetlać reklamy. Zgody nie musisz udzielać — strona działa bez niej tak samo. Polityka prywatności