Liść konopi — ile ma listków i dlaczego liczba się zmienia
Liść marihuany ma najczęściej siedem albo dziewięć listków, ale liczba ta nie jest stała — w ciągu życia jednej rośliny zmienia się…

Różnice między indicą a sativą sprowadzają się do pochodzenia i pokroju rośliny. Sativa to w klasyfikacji botanicznej forma wąskolistna, wysoka i luźno rozgałęziona, wywodząca się z pasa okołorównikowego; indica to forma szerokolistna, niższa i krępa, której współczesny materiał hodowlany pochodzi z gór Hindukuszu i północnego Afganistanu; hybryda to potomstwo krzyżówki obu form. Podział ten opisuje pochodzenie hodowlane rośliny, a nie sposób, w jaki wpływa ona na organizm.
To rozróżnienie ma ponad dwieście lat, ale do katalogów trafiło dopiero w latach 70. XX wieku i po drodze co najmniej dwa razy zmieniło znaczenie. Poniżej: skąd wzięły się obie nazwy, jak przeszły z zielnika do cennika nasiennego, w którym momencie etykieta oderwała się od tego, co pierwotnie opisywała, co pokazały badania porównujące deklarację z genotypem, dlaczego mimo tej krytyki podział dalej porządkuje katalogi i sklepy — i co da się wyczytać z pola „typ” w opisie odmiany, a czego już nie.
Pierwszą z nich zawdzięczamy Karolowi Linneuszowi. W Species Plantarum z 1753 roku opisał konopie jako Cannabis sativa L. — przydomek gatunkowy znaczy po łacinie tyle co „siewna”, „uprawiana”, i odnosił się do rośliny włóknistej, dobrze wtedy w Europie znanej. Nazwa nie miała służyć rozróżnianiu typów: opisywała jedyną konopię, jaką europejska botanika miała wówczas przed oczami.
Trzydzieści dwa lata później Jean-Baptiste Lamarck opisał w Encyclopédie méthodique materiał przywieziony z Indii i uznał go za osobny gatunek — Cannabis indica. Uzasadnił to wyraźnie innym pokrojem: rośliny były niższe, gęściej rozgałęzione, o twardszej łodydze i węższych listkach niż europejskie konopie włókniste. Lamarck nigdy nie widział ich rosnących — pracował na zasuszonym okazie i relacji podróżnika.
I tu zaczyna się nieporozumienie, które ciągnie się do dziś. Roślina opisana przez Lamarcka miała listki wąskie — a więc odpowiadała temu, co współczesny katalog nazwałby sativą. Nazwa „indica” od pierwszego dnia opisywała zatem coś innego niż to, co dziś się pod nią rozumie.
Kiedy więc „indica” zaczęła znaczyć „szerokolistna”? Materiał szerokolistny dotarł do Ameryki Północnej i Europy dopiero na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, z Afganistanu i Pakistanu. W 1974 roku Richard Evans Schultes wraz ze współpracownikami opublikował pracę, w której nazwą Cannabis indica objął właśnie ten afgański materiał: niski, krępy, o szerokich listkach. Publikacja przypieczętowała użycie, które w obiegu hobbystycznym już się przyjmowało — i od tamtej pory to samo słowo znaczy co innego u Lamarcka, a co innego w cenniku.
Dwa lata później doszło drugie przesunięcie, znacznie mniej znane. Ernest Small i Arthur Cronquist zaproponowali w 1976 roku ujęcie, które przyjęło się w botanice: jeden gatunek Cannabis sativa z dwoma podgatunkami. Kryterium podziału nie był jednak ani kształt listka, ani region, tylko zawartość związków psychoaktywnych. W tym ujęciu konopie włókniste należą do podgatunku sativa, a wszystkie formy odurzające — do podgatunku indica, niezależnie od wyglądu i pochodzenia. Konsekwencja jest paradoksalna: odmiana opisana w katalogu jako „100 % sativa” jest u Smalla i Cronquista podgatunkiem indica. Te same dwa słowa pracują równolegle w dwóch językach i znaczą w nich co innego.
Czy formom tym należy się ranga osobnych gatunków, czy podgatunków jednego — to odrębny spór botaniczny, nierozstrzygnięty od dwustu lat, i dla etykiety w katalogu nie ma on żadnego znaczenia. Do pary doszedł jeszcze trzeci opis: w 1924 roku Dmitrij Janiszewski wyróżnił Cannabis ruderalis na materiale z południowej Rosji, ale w obiegu handlowym nigdy nie stała się ona równorzędną szufladą.
Przez pierwsze dwa stulecia rozróżnienie żyło wyłącznie w literaturze botanicznej i nikogo poza nią nie obchodziło. Do obiegu hobbystycznego weszło w latach 70. XX wieku, a zawdzięcza to nie botanikom, lecz zmianie tego, co krążyło po rynku.
Do końca lat 60. materiał trafiający do Ameryki Północnej pochodził niemal wyłącznie z pasa okołorównikowego: z Meksyku, Kolumbii, Jamajki i Tajlandii. Wszystko, co widziano, wyglądało z grubsza tak samo — smukło i wąskolistnie. Wraz z podróżami „szlakiem hipisowskim” i powrotami z Afganistanu oraz Pakistanu pojawił się materiał wyglądający zupełnie inaczej: niski, krępy, o szerokich listkach i innym rytmie rozwoju. Obieg potrzebował słowa, które te dwie pule odróżni. Nazwy Lamarcka leżały pod ręką, były darmowe i brzmiały poważnie.
Pierwszy druk dała im amerykańska prasa hobbystyczna — miesięcznik High Times ukazuje się od 1974 roku — oraz poradniki z drugiej połowy tamtej dekady. To wtedy „indica” i „sativa” przestały być terminami taksonomicznymi, a stały się dwiema szufladami kupieckimi o treści mniej więcej takiej: „to jest z gór” kontra „to jest znad równika”.
Prawdziwym nośnikiem okazał się jednak katalog nasienny. Sacred Seeds w kalifornijskim Santa Cruz, a od połowy lat 80. holenderskie przedsięwzięcia — The Seed Bank Nevila Schoenmakersa i Sensi Seeds — wprowadziły format cennika wysyłkowego: pozycja, nazwa, dwa albo trzy wiersze opisu. W takim formacie etykieta „indica” lub „sativa” była najtańszym opisem, jaki da się wymyślić. Jedno słowo zastępowało akapit, nie wymagało żadnego dowodu i wyglądało na wiedzę. Format cennika zrobił dla utrwalenia tego podziału więcej niż wszystkie prace botaniczne razem wzięte.
Kolejny stopień utrwalenia dały konkursy branżowe, które od lat 90. rozdzielały zgłoszenia na osobne kategorie — konkurs z definicji musi mieć skończoną liczbę klas, a te dwie już istniały. Potem przyszły fora internetowe, a po nich bazy odmian z filtrem bocznym.
Filtr jest tu kluczowy, bo to konstrukcja, która wymaga wartości skończonych i wzajemnie rozłącznych. Materiał, który w rzeczywistości układa się w ciągłe spektrum, trzeba było wtłoczyć w listę pozycji do zaznaczenia — i właśnie w tym momencie pojawia się trzecia szuflada. „Hybryda” jest kategorią resztową: nie jest równorzędna dwóm pozostałym, bo nie opisuje pochodzenia, tylko brak jednoznacznego przypisania. Botanicznie to nie trzeci rodzaj rośliny, lecz środek tej samej osi. Trójpodział, który dziś wygląda na klasyfikację, jest w znacznej mierze artefaktem interfejsu bazy danych.
Rozjazd między etykietą a botaniką nie ma jednej daty. Złożyło się na niego pięć procesów, z których każdy z osobna byłby do przełknięcia, a które nałożone na siebie odebrały temu polu treść.
Krzyżowanie. Z garstki linii wyprowadzonych w latach 70. i 80. wywodzi się większość dzisiejszego katalogu: Skunk #1, powstały z połączenia materiału afgańskiego z Acapulco Gold i Colombian Gold, dalej Haze, Northern Lights i White Widow. Po dwóch, trzech dekadach wzajemnego mieszania pole „typ” przestało wskazywać populację źródłową rośliny, a zaczęło wskazywać przewagę wyliczoną z rodowodu na papierze.
Brak rejestru. Odmiany konopi odurzających nie mają odpowiednika urzędowego rejestru odmian roślin uprawnych. Nikt nie deponuje okazu wzorcowego w zielniku, nie istnieje kolekcja referencyjna, do której dałoby się porównać materiał, i nie ma instytucji, która rozstrzygałaby spory o nazwę. Etykieta jest więc deklaracją sprzedającego, a nie wpisem, który ktoś sprawdził. Ta jedna okoliczność tłumaczy większość dalszych kłopotów.
Kopiowanie opisów. Baza przepisuje od sklepu, sklep od dystrybutora, dystrybutor od hodowcy, a hodowca od swojego poprzednika. Pomyłka wpisana raz utrwala się w kilkudziesięciu miejscach i po roku wygląda na wiedzę powszechną. Blue Dream jest tu podręcznikowym przykładem: bywa opisywana raz jako przewaga jednej strony, raz drugiej, zależnie od tego, kto opisuje i od kogo przepisał.
Ta sama nazwa, różne rośliny. Część znanych linii rozeszła się po rynku jako materiał rozmnażany wegetatywnie, w wielu wersjach o wspólnej nazwie i niepewnym pokrewieństwie — dotyczy to zwłaszcza OG Kush i Chemdawg, których rodowody do dziś są przedmiotem sporu. Jeśli sama tożsamość odmiany jest chwiejna, przypisana jej etykieta typu nie może być stabilniejsza. Osobno opisujemy to zjawisko w tekście o tym, czy nazwy odmian wprowadzają w błąd.
Zmiana desygnatu. Cztery poprzednie procesy rozmywały etykietę wewnątrz jej własnego znaczenia. Piąty zmienił samo znaczenie: pole opisujące pochodzenie hodowlane zaczęło być czytane jako zapowiedź informacji zupełnie innego rodzaju, której pochodzenie nie niesie i nieść nie może. Botanika nie ma jak tego naprawić, bo to nie ona nadała temu polu nowy sens — zrobił to obieg handlowy, a potem miliony powtórzeń w sieci. Krytyka podziału, którą od dekady formułują badacze, dotyczy w gruncie rzeczy właśnie tego przesunięcia, a nie samego rozróżnienia form morfologicznych.
Od 2015 roku pytanie, czy deklaracja z katalogu odpowiada strukturze genetycznej rośliny, przestało być kwestią opinii. Dało się je zmierzyć — i mierzono kilkakrotnie, różnymi metodami i na różnych rynkach.
Jonathan Sawler i współpracownicy porównali w 2015 roku 81 próbek materiału odurzającego i 43 próbki konopi włóknistych, genotypując je metodą sekwencjonowania i uzyskując kilkanaście tysięcy markerów jednonukleotydowych. Rozdział między konopiami włóknistymi a odurzającymi okazał się wyraźny. Zgodność deklarowanych proporcji indiki i sativy ze strukturą genomu była natomiast jedynie umiarkowana: część linii opisywanych jako czysta sativa wypadała genetycznie bliżej próbek z etykietą indica niż innych „sativ”.
Cztery lata później Anna Schwabe i Mitchell McGlaughlin poszli od innej strony: zbadali 122 próbki trzydziestu odmian pobrane w różnych miejscach rynku, używając markerów mikrosatelitarnych. Wynik był mocniejszy niż u Sawlera. Próbki noszące tę samą nazwę bywały genetycznie odleglejsze od siebie niż próbki dwóch różnych nazw, a materiał z etykietami indica i sativa nie układał się w dwa rozdzielne skupienia. Autorzy sformułowali to wprost: nazwa odmiany nie jest gwarancją tożsamości genetycznej, a przypisana jej etykieta typu tym bardziej.
Obraz nie jest przy tym całkiem czarno-biały. Zespół Sophie Watts wykazał w 2021 roku, że etykieta ma jednak mierzalny, choć wąski ślad w genomie: koreluje z wariantami kilku genów syntaz terpenowych, a więc z profilem zapachowym rośliny, a nie z jej pochodzeniem jako całością. Rok później analiza profili chemicznych tysięcy próbek z rynku amerykańskiego dała podobny wniosek od strony chemii: materiał układa się w kilka skupień, które nie pokrywają się z trójpodziałem etykiet.
Wspólna konkluzja tych prac brzmi więc ostrożniej, niż zwykle się ją streszcza. Etykieta nie jest czystym szumem — niesie słaby sygnał, głównie zapachowy i po części rodowodowy. Nie jest natomiast tym, za co bywa brana: opisem, który dałoby się zweryfikować pomiarem. Wątek dopasowania nazw do danych genetycznych rozwijamy szerzej w tekście o mapowaniu DNA konopi.
Warto przy tym wiedzieć, czego te prace nie pokazują. Wszystkie opierają się na materiale z regulowanych rynków Ameryki Północnej, mówią więc o nazewnictwie katalogowym w tamtym obiegu. Żadna nie twierdzi też, że rozróżnienie form morfologicznych jest wymysłem — przeciwnie, rozdział między materiałem włóknistym a odurzającym rysuje się w danych bardzo wyraźnie. Sporny jest wyłącznie ten jeden wiersz w karcie odmiany: czy słowo albo liczba, które w nim stoją, mają pokrycie w czymkolwiek mierzalnym.
W literaturze botanicznej dawno odeszło się od handlowych etykiet na rzecz opisu morfologicznego. Robert Clarke i Mark Merlin posługują się skrótami NLD i BLD — narrow-leaflet drug i broad-leaflet drug, czyli forma wąskolistna i szerokolistna; dla konopi włóknistych rezerwują osobne skróty NLH i BLH. To nazwy opisowe: mówią o kształcie listka i przeznaczeniu materiału, a nie o rzekomym charakterze rośliny.
| Cecha | Forma wąskolistna (NLD) | Forma szerokolistna (BLD) |
|---|---|---|
| Listki liścia złożonego | wąskie i długie, stosunek długości do szerokości często powyżej 8:1 | szerokie, stosunek bliżej 4:1 |
| Liczba listków | zwykle 7–11 w liściu dojrzałej rośliny | zwykle 5–9 |
| Pokrój | smukły, wyciągnięty, luźno rozgałęziony | krępy, niski, silnie rozgałęziony |
| Barwa liścia | jaśniejsza zieleń | ciemniejsza, nasycona |
| Region pochodzenia materiału | pas okołorównikowy: Tajlandia, Kolumbia, Meksyk, Afryka Południowa | wyżyny Hindukuszu, północny Afganistan, Pakistan |
| Warunki, do których forma przywykła | niemal stała długość dnia przez cały rok | krótki sezon wegetacyjny i duże wahania temperatury |
Materiał wyjściowy, na którym te opisy powstały, to odmiany miejscowe — tak zwane landrace, kształtowane przez stulecia w jednym regionie. Po stronie wąskolistnej są to linie pokroju Thai czy Durban Poison, po stronie szerokolistnej — Afghani, Hindu Kush i Mazar. Różnice między nimi są realne i dają się zmierzyć linijką, bo powstały przez tysiące lat izolacji geograficznej w skrajnie różnych warunkach.
Kluczowe zastrzeżenie: powyższa tabela opisuje populacje wyjściowe, a nie współczesny katalog. Odmiana z dzisiejszej oferty jest zwykle efektem kilkudziesięciu lat krzyżowania obu form i może dziedziczyć cechy w dowolnej kombinacji — wąski listek przy krępym pokroju albo odwrotnie. Cechy morfologiczne dziedziczą się niezależnie od siebie, więc nie tworzą pakietu, który przechodziłby z pokolenia na pokolenie w całości. To dlatego opis morfologiczny sprawdza się przy odmianach miejscowych, a zawodzi przy piątym pokoleniu krzyżówek.
Skąd w ogóle wzięła się ta różnica? Z geografii. W pasie okołorównikowym długość dnia zmienia się w ciągu roku o kilkanaście minut, a sezon jest właściwie nieprzerwany — rośliny mogły więc rosnąć długo, wysoko i luźno, bez pośpiechu. W dolinach Hindukuszu sezon wegetacyjny trwa krótko, a noce są zimne; przetrwały tam formy zwarte, nisko osadzone i domykające swój cykl w kilka miesięcy. Obie sylwetki są rozwiązaniem tego samego zadania w dwóch skrajnie różnych warunkach, a nie dwoma „charakterami” rośliny. Trzeci szlak — europejski, włóknisty — biegł jeszcze inaczej: tam przez stulecia wybierano rośliny o długiej, nierozgałęzionej łodydze, i to one były pierwowzorem opisu Linneusza.
Zapis „70 % indica / 30 % sativa” wygląda na wynik pomiaru. Nie jest nim. Powodów jest kilka i działają jednocześnie:
Dobrze widać to na Skunk #1 — jednej z pierwszych ustabilizowanych linii, powstałej w latach 70. z materiału afgańskiego i dwóch linii amerykańskich. Z takiego rodowodu można wyliczyć dowolnie precyzyjny ułamek i różni sprzedawcy podają dla niej różne liczby. Żadna nie opisuje pojedynczej rośliny: ustabilizowana linia jest wynikiem wieloletniej selekcji, a nie arytmetyki — hodowca przez kilkanaście pokoleń wybierał osobniki odpowiadające jego wyobrażeniu, a nie te, które „zgadzały się” z rodowodem.
Sama etykieta „hybryda” jest przy tym z całej trójki najmniej zobowiązująca — i paradoksalnie najuczciwsza. Hybryda to potomstwo krzyżówki dwóch różnych linii, a w praktyce hybrydą jest niemal każda współczesna odmiana; czyste linie miejscowe stanowią w katalogach margines. Etykieta ta nie informuje więc o niczym poza tym, że rośliny nie da się jednoznacznie przypisać do żadnej z dwóch form — mówi o stanie wiedzy opisującego, nie o roślinie.
W hodowli używa się określeń znacznie precyzyjniejszych:
Rozróżnienie genotypu i fenotypu jest tu kluczowe. Genotyp to zapis genetyczny, fenotyp — to, co z niego wyrosło w konkretnych warunkach. Z jednej partii nasion wyrastają rośliny różniące się pokrojem, barwą i zapachem, a hodowcy wybierają spośród nich pojedyncze egzemplarze do dalszego rozmnażania — dlatego ta sama nazwa handlowa u dwóch wytwórców bywa dwiema różnymi roślinami (szerzej w tekście o terpenach i różnicach zapachu). Etykieta typu przypisywana jest nazwie, nie egzemplarzowi, więc dziedziczy całą tę nieostrość.
Pole „indica / sativa / hybryda” w karcie odmiany jest deklaracją, a nie pomiarem. Powstaje w jednym z trzech trybów: przez wyliczenie z rodowodu podanego przez hodowcę, przez przepisanie z wcześniejszego opisu tej samej nazwy albo przez ocenę wyglądu roślin, które akurat wyrosły u opisującego. Żaden z tych trybów nie zostawia śladu w karcie, więc czytelnik nie ma jak ich odróżnić.
Istnieje jeszcze czwarty, nieformalny tryb, którego nikt nie przyzna, a który widać w danych gołym okiem: przypisanie po członie nazwy. Pozycja z członem „kush” w nazwie niemal zawsze dostaje etykietę indica, pozycja z członem „haze” — sativa, niezależnie od tego, co stoi w rodowodzie. Człony te odsyłają wprawdzie do realnych rodzin genetycznych, opisanych osobno w tekstach o odmianach z członem kush i o rodzinie haze, ale w setkach nazw złożonych człon bywa już tylko ozdobnikiem marketingowym. Etykieta przepisana z nazwy opisuje wtedy nie roślinę, tylko decyzję kogoś, kto tę nazwę wymyślił.
Co da się z tego pola odczytać:
Czego z niego nie wyczytasz: żadnej wielkości mierzalnej, niczego o konkretnej partii materiału, niczego, co można by porównać między dwoma sprzedawcami, i niczego o składzie chemicznym. Nie wyczytasz też wyglądu samej rośliny, bo etykieta odnosi się do rodowodu, a nie do egzemplarza. Jeśli dwie karty tej samej nazwy podają różne proporcje — a zdarza się to często — obie są tak samo nieweryfikowalne i nie ma między nimi rozstrzygnięcia.
Sprawdzalne są natomiast trzy inne rzeczy i to na nie warto patrzeć w opisie. Po pierwsze rodowód: kto z kim i w którym pokoleniu — najbardziej informatywny, gdy hodowca prowadzi go rzetelnie. Po drugie chemotyp, czyli klasyfikacja według proporcji kannabinoidów, zaproponowana przez Ernesta Smalla i rozwinięta przez Etienne’a de Meijera; kryterium jest liczbowe i powtarzalne, a szerzej opisujemy je w tekście o chemotypach konopi. Po trzecie profil terpenowy oznaczony chromatograficznie, który różnicuje materiał wyraźniej niż etykieta typu, choć również zmienia się między partiami. Więcej o samej strukturze takiej karty piszemy w poradniku o tym, jak czytać opis odmiany.
Gdyby o losie etykiety decydowały argumenty, zniknęłaby około 2019 roku. Nie zniknęła i nic nie wskazuje, żeby miała zniknąć — a powody są zupełnie niebotaniczne.
Koszt zamiany. Trzy szuflady kosztują czytelnika jedno słowo. Zastąpienie ich chemotypem wymaga wyniku analizy, profil terpenowy — chromatogramu z konkretnej partii, a rodowód — zaufania do hodowcy. Każda z tych informacji jest lepsza, ale żadna nie jest darmowa i żadnej nie da się wydrukować w jednym wierszu cennika.
Bezwładność baz danych. Pole „typ” istnieje w dziesiątkach tysięcy rekordów, w systemach magazynowych, w opisach sklepowych i w archiwach forów. Usunięcie go z jednego serwisu nie usuwa go z reszty sieci, a rekordy bez tego pola wyglądają na niekompletne. Największe bazy odmian zaczęły w ostatnich latach eksponować dane analityczne obok etykiety, ale samego filtra nie skasowały.
Podział niesie okruch prawdy. Za etykietami stoi realne wydarzenie historyczne: spotkanie dwóch pul materiału o odrębnym pochodzeniu, po którym zostały odrębne rodowody. Krytyka trafia w to, co z etykiety zrobiono, a nie w sam fakt, że rozróżnienie kiedyś coś opisywało. Gdyby było czystą fikcją, wypadłoby z obiegu szybciej.
Nikt nie ma mandatu, żeby to zmienić. W rolnictwie nazewnictwo porządkują rejestry odmian i procedury ochrony wyłącznego prawa hodowcy: jest instytucja, która przyjmuje zgłoszenie, sprawdza odrębność i wyrównanie materiału, a potem prowadzi listę. Dla odmian konopi odurzających takiego mechanizmu nie ma i mieć nie może, dopóki materiał pozostaje w reżimie środków odurzających. W efekcie nawet badacze, którzy w tytułach swoich prac wykazują bezużyteczność etykiety, dalej się nią posługują — bo nie istnieje słownik, który mógłby ją zastąpić w rozmowie z czytelnikiem spoza laboratorium.
Popyt językowy. Ludzie pytają o „indicę” i „sativę”, bo tych słów nauczyły ich katalogi, fora i menu. Serwis, który przestanie ich używać, przestaje odpowiadać na pytania, które ludzie realnie zadają — i to jest, całkiem prozaicznie, główny powód, dla którego te trzy słowa dalej stoją w nagłówkach, także u nas.
Etykieta „indica”, „sativa” albo „hybryda” pozostaje zatem w katalogach wygodnym skrótem porządkującym i dokładnie tak ją traktujemy: jako nazwę szuflady, nie jako opis rośliny. Pełną listę haseł, uporządkowaną według tych samych trzech kategorii, prowadzimy w zestawieniu wszystkich odmian. Podział ten opisuje pochodzenie hodowlane rośliny, a nie sposób, w jaki wpływa ona na organizm.
Z deklaracji hodowcy albo sprzedawcy. Powstaje przez wyliczenie z rodowodu, przez przepisanie z wcześniejszego opisu tej samej nazwy albo przez ocenę wyglądu roślin u opisującego. Nie ma instytucji, która by ten wpis weryfikowała, ani wzorca, do którego dałoby się go porównać, więc dwie karty tej samej odmiany mogą podawać różne wartości i obie będą tak samo nierozstrzygalne.
Deklarowany udział obu form w rodowodzie odmiany, wyliczony na papierze z historii krzyżowań i zwykle zaokrąglony do dziesiątek. Nie jest to wynik pomiaru ani analizy genetycznej i nie istnieje norma, według której dałoby się go zweryfikować. To informacja porządkowa.
Odmianą miejscową — populacją kształtowaną przez stulecia w jednym regionie, bez udziału hodowli towarowej. Landrace nie są jednorodne genetycznie, ale przez izolację geograficzną wykształciły powtarzalne cechy morfologiczne. To z nich pochodzi cały materiał wyjściowy współczesnych krzyżówek.
W klasyfikacjach handlowych zwykle się go nie wymienia, bo to forma zdziczała, opisana w 1924 roku na materiale z południowej Rosji. Wyróżnia ją niski pokrój i przechodzenie w fazę generatywną niezależnie od długości dnia — cecha wykorzystywana w hodowli linii samokwitnących.
Najpewniejszą wskazówką jest kształt listków w liściu złożonym: wąskie i długie w formie NLD, szerokie w BLD. Pomaga też pokrój — smukły i wyciągnięty kontra niski i rozgałęziony. U współczesnych krzyżówek cechy te mieszają się jednak dowolnie i rozpoznanie po wyglądzie bywa zawodne.
Materiał ma charakter informacyjny i encyklopedyczny. Nie stanowi porady medycznej ani zachęty do stosowania. Medyczna marihuana jest w Polsce dostępna wyłącznie na receptę, a o doborze produktu decyduje lekarz prowadzący.
Opisujemy odmiany na podstawie deklaracji producentów i dokumentacji hodowlanej. Gdy dane nie istnieją, zapisujemy to wprost, zamiast podawać domysł.
Liść marihuany ma najczęściej siedem albo dziewięć listków, ale liczba ta nie jest stała — w ciągu życia jednej rośliny zmienia się…
Konopie to wysokie ziele o kanciastej, podłużnie bruzdowanej łodydze i liściu złożonym z trzech do jedenastu wąskich, ostro ząbkowanych listków, rozchodzących się…
Mapowanie DNA marihuany polega na odczytaniu kolejności zasad w genomie konopi i zestawieniu konkretnej próbki z tak odczytanym wzorcem. Pierwszy szkic genomu…
Używamy plików cookie niezbędnych do działania strony. Za Twoją zgodą chcemy też mierzyć ruch i wyświetlać reklamy. Zgody nie musisz udzielać — strona działa bez niej tak samo. Polityka prywatności