Acapulco Gold — nazwa, region i legenda, która przeżyła materiał
Materiał nie pochodził z Acapulco, a legenda przeżyła go o pół wieku. Skąd wzięła się nazwa, co przerwało meksykańską podaż i co…
Płótno żaglowe przez Gdańsk, cechy powroźnicze, dwadzieścia dziewięć tysięcy hektarów w międzywojniu i załamanie po 1960 roku. Gospodarcza historia konopi.

Historia konopi w Polsce to historia surowca, a nie używki. Przez co najmniej tysiąc lat konopie były na ziemiach polskich rośliną przemysłową: dawały włókno na powrozy, sieci, worki, płachty i najgrubsze płótna, nasiona na olej i na potrawy, a wsiom i miastom — pracę rozłożoną na cały rok. Krzywa tej uprawy jest wyraźna. Rozkwit przypadł na epokę spławu wiślanego i floty żaglowej, w 1928 r. areał sięgał blisko 29,3 tys. ha, szczyt — około 30 tys. ha — wypadł w 1960 r., a na przełomie wieków z całej tej gospodarki zostało kilkaset, przejściowo mniej niż sto hektarów.
Poniżej prowadzę tę opowieść od gospodarki staropolskiej przez porty bałtyckie i powroźnie, przez międzywojenne i powojenne areały, aż po zapaść lat 60. i 90. oraz pracę hodowlaną w Poznaniu, dzięki której było z czego zacząć, gdy uprawa wracała po 2015 r. Dzisiejszy stan prawny i skalę uprawy opisuje osobny tekst — tutaj chodzi o gospodarkę i o kulturę: o miejsce konopi w bilansie handlowym Rzeczypospolitej, w cechu powroźniczym, w wigilijnej misce i w nazwach kilkudziesięciu polskich wsi.
Obecność konopi na ziemiach polskich poświadczają trzy niezależne rodzaje źródeł, a ich niezależność jest tu ważniejsza niż każde z osobna. Pierwszy to archeobotanika: zwęglone i zachowane w wilgotnych warstwach owoce konopi znajdowano w nawarstwieniach wczesnośredniowiecznych ośrodków grodowych i portowych, między innymi na Pomorzu i w Wielkopolsce. Drugi to palinologia — analiza ziaren pyłku w rdzeniach osadów jeziornych i torfowiskowych, która pozwala datować pojawienie się rośliny w krajobrazie na długo przed pierwszym zapisem w dokumencie.
Ten drugi rodzaj dowodu ma jednak wbudowane ograniczenie, o którym warto wiedzieć, zanim zacytuje się „ślad sprzed dwóch tysięcy lat”. Pyłek konopi jest morfologicznie bardzo podobny do pyłku chmielu i w starszych opracowaniach bywa opisywany łącznie jako typ Cannabis/Humulus. Rozdzielenie obu wymaga pomiarów i kryteriów, których dawniejsze analizy nie stosowały, więc część krzywych „obecności konopi” w rzeczywistości opisuje obie rośliny naraz. Palinologia mówi tu zatem o zjawisku, nie o dokładnej dacie.
Trzeci rodzaj źródła to zapis pisany, który pojawia się później, ale za to jednoznacznie. Wieś Konopiska pod Częstochową jest wzmiankowana w 1383 r., a jej nazwa — jak dziesiątki podobnych — powstała od pola obsianego konopiami, nie od nazwiska. Od XVI w. dochodzą do tego drukowane kompendia: konopie figurują w „Zielniku” Szymona Syreńskiego, wydanym w 1613 r., dwa lata po śmierci autora, oraz w pracach księdza Krzysztofa Kluka z drugiej połowy XVIII w. Dla historyka gospodarki liczy się w nich nie tyle treść porad, ile sam fakt: roślina ma stałe miejsce w kanonie roślin użytecznych, obok lnu, zboża i roślin barwierskich.
Pytanie, które pada najczęściej przy staropolskim gospodarstwie, brzmi: skoro obie rośliny dawały włókno, po co uprawiano obie? Odpowiedź jest czysto użytkowa i widać ją w produktach. Len dawał włókno cieńsze i bardziej miękkie, więc szedł na bieliznę, odzież odświętną, obrusy i płótna cienkie. Konopie dawały włókno grubsze, dłuższe i odporniejsze na wilgoć, więc szły na wszystko, co musiało utrzymać ciężar albo wytrzymać pogodę: powrozy, postronki, uprząż, sieci rybackie, worki, płachty, pokrycia wozów i płótna najgrubszych gatunków.
Ten podział zapisał się w słownictwie tkackim, dziś prawie wymarłym. Płótno zgrzebne i pacześne to dwie klasy tkanin z gorszych i lepszych partii włókna, a na Mazowszu letnią odzież wierzchnią z grubego płótna konopnego nazywano konopaścią. Terminologia jest tu dobrym wskaźnikiem powszechności: rzeczy rzadkie nie dorabiają się osobnych nazw dla każdej odmiany surowca.
Druga część rośliny — nasiona, w polszczyźnie wiejskiej zwane siemieniem — miała własny obieg. Tłoczono z nich olej, używany zarówno w kuchni, jak i technicznie, do farb i do oświetlenia. Z samego siemienia gotowano polewkę zwaną siemieńcem albo siemieniatką, która na Podlasiu i Mazowszu weszła do repertuaru potraw wigilijnych i utrzymała się tam dłużej niż uprawa, z której pochodziła.
Trzeci wymiar jest społeczny. Przędzenie i tkanie było w gospodarstwie pańszczyźnianym pracą kobiet, a gotowe płótno funkcjonowało jak środek płatniczy: nim spłacano powinności, nim rozliczano sąsiedzkie usługi, ono stanowiło część wyprawy. Konopie i len bywały też przedmiotem daniny — nie jako surowiec, lecz jako przędziwo albo gotowa tkanina, czyli po dodaniu pracy. Roślina, która na polu zajmowała niewielki kawałek, w rachunku gospodarstwa ważyła więc znacznie więcej, niż wynikałoby z powierzchni.
Ów kawałek miał zresztą własną nazwę. Zagon konopny zakładano osobno, blisko zabudowań, i określano go słowami konopnik, konopisko albo konopielnik. To z tych nazw pól — a nie z nazwisk właścicieli — wyrosła później znaczna część polskiej toponimii konopnej, o której będzie mowa na końcu.
W XVI i XVII w. konopie przestały być wyłącznie sprawą wsi i weszły do wielkiego handlu. Mechanizm był ten sam co przy zbożu: rzeka niosła towar masowy do portu, a port sprzedawał go pośrednikom z Niderlandów i Anglii. Rzeczpospolita miała jednak nie jeden taki korytarz, lecz trzy, i to rozróżnienie tłumaczy więcej, niż się wydaje.
Wisła prowadziła do Gdańska i to ona obsługiwała Koronę. W zestawieniach eksportu gdańskiego z czasów jagiellońskich konopie pojawiają się wysoko — część opracowań umieszcza je na czwartej pozycji wśród towarów wywożonych — obok zboża, drewna, potażu i smoły. Niemen prowadził do Królewca, Dźwina do Rygi, a obydwa zbierały surowiec z ziem litewsko-ruskich, gdzie uprawa była szczególnie rozpowszechniona. W handlu zachodnim towar nazywano od portu wysyłki, nie od miejsca uprawy, więc „konopie ryskie” — przez dwa stulecia wzorzec jakości dla kupujących w Amsterdamie i Londynie — w znacznej części pochodziły z pól, które leżały w granicach Wielkiego Księstwa Litewskiego. Marka portu przykrywała pochodzenie surowca; jest to jeden z najstarszych przykładów zjawiska, które w handlu towarami rolnymi trwa do dziś.
Układ sił między portami się zmieniał. W drugiej połowie XVII w. w imporcie konopi i lnu Ryga wysunęła się przed Gdańsk, Królewiec i Elbląg — miała po prostu rozleglejsze zaplecze produkcyjne w dorzeczu Dźwiny, a wojny drugiej połowy stulecia uderzyły w polskie ziemie mocniej niż w inflanckie. Wcześniej ten sam handel odczuł konflikt szwedzki lat 1626–1629, gdy pobierane w ujściu Wisły cła podniosły koszt każdego łasztu wychodzącego z Gdańska.
Znaczenie tego eksportu wykraczało poza rachunek kupiecki. Osprzęt żaglowca był w epoce nowożytnej produktem rolnym, a floty europejskie kupowały włókno bałtyckie, bo własne zaplecze im nie wystarczało. Dawało to Rzeczypospolitej pozycję dostawcy materiału o znaczeniu wojskowym — pozycję, z której nigdy nie zrobiła narzędzia polityki, w odróżnieniu od Rosji w XVIII w.
Po stronie miejskiej konopie utrzymywały osobne rzemiosło. Powroźnicy tworzyli własne cechy w miastach portowych i rzecznych, a ponieważ ich warsztat wymagał budynku o nietypowej długości, zajmowali zwykle osobną ulicę na obrzeżach zabudowy — pamiątką po nich jest gdańska ulica Powroźnicza. Popyt na ich wyroby był wyjątkowo stabilny, bo w gospodarce przedprzemysłowej niemal wszystko trzeba było czymś związać: ładunek na wozie, snop, bydło, sieć, dzwon, żuraw studzienny, prom.
Ta stabilność miała jednak drugą stronę. Rzemiosło powroźnicze było mało podatne na wzrost skali i przez cały XIX w. przegrywało z fabryką, ale wtedy właśnie pojawił się produkt, który uratował popyt na włókno konopne na kolejne sto lat: sznurek rolniczy. Rozpowszechnienie żniwiarek wiążących, a potem pras zbierających, stworzyło zapotrzebowanie na dziesiątki tysięcy ton sznurka rocznie — towaru jednorazowego, zużywanego w każdym sezonie od nowa. To nie takielunek żaglowca, lecz właśnie sznurek do snopowiązałki był w XX w. głównym odbiorcą polskich konopi.
Warto to zapamiętać, bo wyjaśnia późniejszą zapaść lepiej niż jakikolwiek argument prawny. Uprawa opierała się na jednym masowym wyrobie o niskiej marży. Gdy ten wyrób dało się zrobić taniej z czegoś innego, cała podstawa ekonomiczna zniknęła w ciągu jednej dekady — i tak się stało.
Odrodzona Rzeczpospolita odziedziczyła uprawę rozdrobnioną, prowadzoną w dużej mierze na potrzeby własne gospodarstw, i uzupełnianą kontraktacją dla powroźni oraz zakładów przetwórczych. Skala była mimo to poważna: zestawienia podają dla 1928 r. areał bliski 29,3 tys. ha, czyli poziom porównywalny z późniejszym szczytem powojennym. Tendencja była jednak spadkowa i wynikała z konkurencji — bawełny, a w wyrobach technicznych juty i sizalu, sprowadzanych z kolonialnych plantacji taniej, niż dawało się wytworzyć włókno krajowe.
Dwudziestolecie przyniosło też pierwsze polskie przepisy narkotykowe. Ustawa z czerwca 1923 r. o substancjach i przetworach odurzających wprowadziła reglamentację wytwarzania i obrotu, a 19 lutego 1925 r. w Genewie druga międzynarodowa konwencja opiumowa objęła kontrolą przetwory z konopi indyjskich, obok opium, morfiny i kokainy; Polska była jej stroną. Kolejne akty wykonawcze z przełomu dekad rozbudowały tę kontrolę.
Kluczowe jest jednak to, czego te przepisy nie objęły. Celowały one w przetwory sprowadzane i wytwarzane w celach odurzających, nie w roślinę włóknistą rosnącą na polu za stodołą — rolnik z Lubelszczyzny nie zauważył ich istnienia. Dwa reżimy — narkotykowy i rolniczy — rozeszły się w Polsce na ponad pół wieku i zeszły dopiero w latach 80. i 90. XX w. Kto czyta historię konopi wstecz, od dzisiejszego stanu prawnego, ten regularnie przypisuje międzywojennym ustawom skutki, których nie miały.
W tym samym czasie zaczęła się historia, która okazała się dla polskich konopi ważniejsza od każdej ustawy. 15 marca 1930 r. Towarzystwo Lniarskie powołało w Wilnie Lniarską Centralną Stację Doświadczalną, a jej pierwszym dyrektorem został prof. Janusz Jagmin z Uniwersytetu Stefana Batorego. To z tej placówki wywodzi się cała późniejsza polska hodowla roślin włóknistych.
Powojenna gospodarka planowa potraktowała konopie jak surowiec strategiczny i rozwijała je w ramach polityki samowystarczalności surowcowej. Uprawa opierała się na kontraktacji: zakład przetwórczy zawierał umowy z gospodarstwami w swoim rejonie, odbierał słomę i miał zagwarantowany zbyt w przemyśle powroźniczym oraz tekstylnym. W 1960 r. areał osiągnął około 30 tys. ha i był to największy obszar uprawy konopi w Polsce w całym XX w. Część zestawień plasuje wtedy Polskę wśród czołowych producentów konopi na świecie; do takich rankingów warto podchodzić ostrożnie, bo porównania międzynarodowe z tamtego okresu opierały się na niejednolitych definicjach i sprawozdawczości.
Geografia tej gospodarki wynikała z jednej właściwości surowca. Słoma konopna jest towarem objętościowym: zajmuje dużo miejsca przy niewielkiej masie, więc jej transport na większe odległości zjada wartość. Zakład rozdzielający włókno od zdrewniałej części łodygi — roszarnia — musiał więc stać blisko pól, a pola musiały być blisko zakładu. To sprzężenie tłumaczy zarówno rejonizację uprawy, jak i późniejszą lawinę: gdy padał zakład, uprawa w promieniu kilkudziesięciu kilometrów traciła sens niezależnie od tego, czy komuś się opłacała.
| Rok | Areał konopi w Polsce | Co się wtedy działo |
|---|---|---|
| 1928 | ok. 29,3 tys. ha | uprawa rozdrobniona, presja bawełny, juty i sizalu |
| 1960 | ok. 30 tys. ha | maksimum XX w., pełny system kontraktacji i roszarni |
| 1969–1990 | zaplecze rzędu kilku tys. ha wokół jednego zakładu | okres pracy zakładów HAKON w Hrubieszowie |
| 2001 | ok. 200 ha | dane Powszechnego Spisu Rolnego, dno zapaści |
| 2002 | ok. 83 ha w 71 gospodarstwach | uprawa na granicy zaniku |
| 2004 | ok. 910 ha | pierwsze odbicie po wejściu do Unii Europejskiej |
Statystyka z tego okresu wymaga jednej przestrogi. W obiegu funkcjonują liczby o wzroście produkcji włókna z ok. 11 tys. t w 1960 r. do ok. 22,6 tys. t w 1970 r., cytowane niekiedy jako dowód rozkwitu konopi w tamtej dekadzie. Nie dają się one pogodzić z kurczącym się areałem i najprawdopodobniej dotyczą całego przemysłu włókien łykowych, w którym len ważył więcej niż konopie. Przy szeregach z gospodarki planowej trzeba więc pytać nie tylko o rok, ale i o to, co dokładnie liczono.
Najlepszą ilustracją całego mechanizmu są Zakłady Przemysłu Lniarskiego HAKON w Hrubieszowie. Budowano je w latach 1966–1968, a więc już po szczycie areału, i uruchomiono w styczniu 1969 r. Zakład łączył roszarnię, przędzalnię i tkalnię, zatrudniał od 480 do 650 osób na trzy zmiany i produkował włókno długie oraz krótkie, sznurek rolniczy i liny; włókno w balotach szło między innymi do Żyrardowa, a na eksport do Anglii, Francji, Austrii, Włoch, Kanady, RFN i Jugosławii.
Skala zaplecza surowcowego robi wrażenie: w 1975 r. dla zakładu pracowało 2528 plantatorów, a uprawa w powiatach hrubieszowskim, zamojskim i chełmskim obejmowała około 4 tys. ha. W 1984 r. przerabiano tam rzędu 7 tys. t słomy konopnej rocznie, co dawało około 600 t włókna długiego i 1300 t krótkiego. W 1987 r. HAKON połączono z zakładami KROSNOLEN, a we wrześniu 1990 r. zakład został zlikwidowany — jako pierwszy duży pracodawca w mieście. Podobny los spotkał inne ośrodki, na przykład Opolskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Linopłyt” w Wołczynie z roszarnią lnu i konopi.
Zanik uprawy przypisuje się zwykle przepisom narkotykowym i jest to wyjaśnienie zbyt wygodne, żeby było prawdziwe. Kolejność zdarzeń była inna, a przepisy przyszły na końcu — dobiły resztkę, którą wcześniej wypchnął rynek. Fale były trzy.
Czwartym, polskim składnikiem był rozpad struktury odbioru po 1989 r. Kontraktacja zakładała, że ktoś odbierze słomę; likwidacja zakładów przetwórczych sprawiła, że nie było komu. Rolnik mógł mieć zgodę, nasiona i pole, a i tak nie miał co zrobić z tym, co wyrosło — a słomy konopnej nie da się sprzedać na wolnym rynku tak jak zboża.
Skutek widać w liczbach z przełomu wieków. Powszechny Spis Rolny z 2001 r. wykazał około 200 ha, w 2002 r. mowa o ok. 83 ha w 71 gospodarstwach, w 2003 r. o ok. 80 ha. Odbicie do ok. 910 ha przyniósł rok 2004 i wejście do Unii Europejskiej, a realny powrót — dopiero druga połowa poprzedniej dekady, gdy popyt zbudowały nowe rynki: budowlany, spożywczy i kosmetyczny. Z gospodarki, którą opisałem wyżej, nie przetrwało wtedy praktycznie nic prócz jednego elementu.
Tym elementem był materiał hodowlany i instytucja, która go prowadziła. Wileńska stacja z 1930 r. została po wojnie odtworzona — 16 listopada 1945 r. wznowiła działalność w Poznaniu jako Lniarsko-Konopna Centralna Stacja Doświadczalna, a materiały hodowlane przewiózł z Wilna prof. Jagmin. Dalsza chronologia to kolejne zmiany statusu tej samej placówki: od stycznia 1952 r. Instytut Przemysłu Włókien Łykowych, od 12 stycznia 1972 r. Instytut Krajowych Włókien Naturalnych, od 20 lipca 1992 r. Instytut Włókien Naturalnych, a od 1 stycznia 2009 r. — po połączeniu z Instytutem Roślin i Przetworów Zielarskich — Instytut Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich.
Z poznańskiej pracy hodowlanej wyszły odmiany, które przez dekady definiowały europejskie konopie włókniste. Białobrzeskie, zarejestrowane w 1968 r., to najstarsza polska zarejestrowana odmiana jednopienna i przez lata jedna z najszerzej uprawianych w Europie. Beniko zarejestrowano w 1985 r., Tygrę — powstałą ze skrzyżowania polskich i ukraińskich odmian jednopiennych — w marcu 2007 r. Do tego dochodzą Wielkopolskie, Wojko i zarejestrowana w 2017 r. Henola. Nasiona polskich odmian trafiały na rynki niemiecki, fiński, czeski i brytyjski, co czyniło hodowlę pozycją eksportową także wtedy, gdy krajowe pola stały puste.
Polska hodowla szła w stronę jednopienności — kwiatów obu płci na jednej roślinie — bo to ujednolicało surowiec i upraszczało pracę zakładu, oraz w stronę materiału o znikomej zawartości kannabinoidów. Ten drugi kierunek okazał się z czasem decydujący prawnie: gdy przepisy narkotykowe zaczęły obejmować gatunek jako taki, tylko odmiany po tej stronie granicy dawały się utrzymać w rolnictwie. Hodowla, prowadzona pierwotnie z powodów technologicznych, przypadkiem zbudowała roślinie prawną tożsamość.
Równolegle, poza Europą, ten sam gatunek podlegał selekcji w kierunku dokładnie odwrotnym, a jej ślad to nazwy znane dziś z katalogów genetyk. Hindu Kush odsyła do populacji z pasma górskiego na pograniczu Afganistanu i Pakistanu, Thai — do materiału z Azji Południowo-Wschodniej, Jamaican i Colombian Gold do populacji karaibskiej i andyjskiej, a African jest zbiorczą etykietą materiału z kilku bardzo różnych rejonów kontynentu. Żadna z tych linii nie ma nic wspólnego z polską hodowlą włóknistą poza gatunkiem; to dwie rozłączne historie selekcji prowadzone przez różne środowiska, w różnych celach i w różnych reżimach prawnych.
Znaczenie ciągłości poznańskiej widać najlepiej przy powrocie uprawy po 2015 r. Zakłady, kontraktację, roszarnie i rynek zbytu trzeba było budować od zera i buduje się je do dziś. Materiału siewnego zbudować od zera nie sposób — odmianę prowadzi się dziesięcioleciami. Gdyby ta jedna instytucja nie przetrwała lat 90., polski powrót do konopi zaczynałby się od kupowania nasion za granicą.
Gospodarka zniknęła, język został. Na mapie Polski da się naliczyć ponad czterdzieści nazw miejscowych z rdzeniem konop-: Konopiska, Konopnica w kilku powiatach, Konopki w kilkunastu wariantach, Konopne, Konopnisko, Konopatka, Wólka Konopna czy Polski Konopat. Toponimy te dzielą się na dwie klasy. Pierwsza powstała wprost od pola — nazwy typu Konopisko czy Konopnica są tak zwanymi nazwami topograficznymi i mówią, co na danym miejscu rosło. Druga wywodzi się od nazwiska lub przezwiska właściciela, które samo pochodziło od rośliny. Nazwiska Konopka i Konopacki występowały we wszystkich stanach — chłopskim, mieszczańskim i szlacheckim — co jest niezłym wskaźnikiem tego, jak powszechna była sama uprawa.
Warto zauważyć asymetrię między tym nazewnictwem a nazewnictwem odmian. Polskie toponimy powstały od rośliny: miejsce wzięło nazwę od tego, co na nim rosło. W katalogach genetyk kierunek jest odwrotny — to roślina bierze nazwę od miejsca, często takiego, z którym łączy ją wyłącznie opowieść. Acapulco Gold odsyła do meksykańskiego kurortu, Durban Poison do południowoafrykańskiego portu, a Mexican do całego kraju naraz. Nazwa wsi Konopiska poświadcza fakt gospodarczy sprzed sześciuset lat; nazwa odmiany poświadcza co najwyżej intencję tego, kto ją nadał.
Najtrwalszym śladem konopi w polszczyźnie jest powiedzenie „wyrwał się jak filip z konopi”, używane o kimś, kto odezwał się nie w porę i nie na temat. Jego pochodzenie jest sporne, a spór ten sam w sobie jest pouczający. W XVIII w. Benedykt Chmielowski w „Nowych Atenach” wywiódł zwrot od szlachcica Filipa ze wsi Konopie, który miał na sejmiku wygłosić mowę tak nie na temat, że rozśmieszył izbę; wersję tę powtórzył Adam Mickiewicz w objaśnieniach do własnych utworów i to jej zawdzięcza ona popularność.
Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej”, wydawanej w Warszawie w latach 1900–1903, odrzucił tę anegdotę jako zmyśloną i przytoczył wyjaśnienie znacznie prostsze: filip to ludowa nazwa zająca, a zając kryjący się w konopnym zagonie zrywał się z niego gwałtownie, gdy go spłoszono. Za tą wersją opowiedział się także Józef Rostafiński w pracy z 1884 r. Zwyciężyła jednak — w powszechnej świadomości — wersja fałszywa, bo była lepszą opowieścią: miała bohatera, miejsce i puentę. Etymologia ludowa prawie zawsze wygrywa z prawdziwą, jeśli ma nad nią przewagę narracyjną.
Rola konopi w obrzędowości wynikała z ich miejsca w gospodarstwie, a nie z jakichkolwiek właściwości. W zapusty i w karnawale tańczono „na len i konopie”: uczestnicy podskakiwali jak najwyżej, wierząc, że wysokość skoku przełoży się na wysokość roślin w nadchodzącym sezonie. Jest to klasyczna magia naśladowcza, ta sama, która kazała toczyć się po ziemi dla urodzaju.
W wieczór andrzejkowy konopie pojawiały się we wróżbach: wyłowienie ich spośród przedmiotów wskazywanych dziewczętom miało zapowiadać zamożne gospodarstwo. W kalendarzu dorocznym rośliny sięgała też kuchnia obrzędowa — wspomniany siemieniec, polewka z siemienia konopnego, był na części Podlasia i Mazowsza potrawą wigilijną. Włókno i płótno konopne wchodziły ponadto do repertuaru środków ochronnych: wiązano nimi, opasywano, wykładano.
Osobne życie miała konopielka — wielkanocna pieśń obrzędowa śpiewana przez chodzące po wsiach grupy w ramach zwyczaju zwanego włóczebnym, znana zwłaszcza na Podlasiu i Białostocczyźnie. Tytuł tej pieśni przejął Edward Redliński jako tytuł powieści z 1973 r., a Witold Leszczyński nakręcił na jej podstawie film w 1981 r. Tak wygląda pełny cykl: roślina zeszła z pola w latach 60., zniknęła z przemysłu w latach 90., a jej nazwa krąży dalej — w tytule powieści, w przysłowiu o zającu i na tablicach czterdziestu kilku wsi.
W 1960 r., gdy areał sięgnął około 30 tys. ha — najwięcej w całym XX w. Poziom zbliżony, blisko 29,3 tys. ha, notowano w 1928 r. Oba maksima są przy tym niewielkie w skali kraju: nawet 30 tys. ha to ułamek promila polskich użytków rolnych. Konopie nigdy nie były uprawą wielkoobszarową — były uprawą powszechną, prowadzoną na małych kawałkach w bardzo wielu gospodarstwach.
Najpierw z powodów rynkowych, dopiero potem prawnych. Sznurek i liny z polipropylenu wyparły wyroby konopne z ich najważniejszego rynku, koszt pracy przy przetwórstwie rósł, a po 1989 r. likwidacja zakładów zerwała łańcuch kontraktacji i pozbawiła rolników odbiorcy. Reglamentacja wprowadzona ustawami z 1985, 1997 i 2005 r. zablokowała powrót, ale nie ona uruchomiła spadek.
Najprawdopodobniej od zająca. „Filip” to jego ludowa nazwa, a zwierzę kryło się w przydomowych zagonach konopnych i zrywało z nich gwałtownie. Tak tłumaczył to Gloger, powołując się na starsze ustalenia, i tak przyjmuje dzisiejsza etymologia. Popularniejsza wersja o pośle Filipie ze wsi Konopie pochodzi od Chmielowskiego, powtórzył ją Mickiewicz i jest uznawana za zmyśloną.
Najstarsza zarejestrowana polska odmiana jednopienna to Białobrzeskie z 1968 r. Kolejne to Beniko z 1985 r. i Tygra z marca 2007 r., powstała ze skrzyżowania odmian polskich i ukraińskich. Wszystkie wywodzą się z prac poznańskiego instytutu, którego rodowód sięga stacji doświadczalnej założonej w Wilnie w 1930 r.
W większości tak, choć nie zawsze bezpośrednio. Część to nazwy topograficzne utworzone wprost od pola obsianego konopiami — do tej grupy zalicza się Konopiska, wzmiankowane w 1383 r. Część powstała od nazwiska lub przezwiska właściciela, które samo miało źródło w roślinie. W obu przypadkach pierwotnym punktem odniesienia są konopie, tyle że w drugim przez jedno ogniwo pośrednie.
Materiał ma charakter informacyjny i encyklopedyczny. Nie stanowi porady medycznej ani zachęty do stosowania. Medyczna marihuana jest w Polsce dostępna wyłącznie na receptę, a o doborze produktu decyduje lekarz prowadzący.
Opisujemy odmiany na podstawie deklaracji producentów i dokumentacji hodowlanej. Gdy dane nie istnieją, zapisujemy to wprost, zamiast podawać domysł.
Materiał nie pochodził z Acapulco, a legenda przeżyła go o pół wieku. Skąd wzięła się nazwa, co przerwało meksykańską podaż i co…
Sanskryckie gañjā, indyjski podział na bhang, ganję i charas, migracja robotników po 1838 roku i droga słowa na Jamajkę, a stamtąd do…
Durban Poison pochodzi z KwaZulu-Natal — prowincji na wschodnim wybrzeżu Republiki Południowej Afryki, a ściślej z rolniczego zaplecza portu, którego nazwę nosi.…
Używamy plików cookie niezbędnych do działania strony. Za Twoją zgodą chcemy też mierzyć ruch i wyświetlać reklamy. Zgody nie musisz udzielać — strona działa bez niej tak samo. Polityka prywatności