Przejdź do treści
Historia i geografia

Durban Poison i selekcja południowoafrykańska

Redakcja · · zaktualizowano 2 sierpnia 2026 · 16 min czytania
Durban Poison i selekcja południowoafrykańska — ilustracja do artykułu

Durban Poison pochodzi z KwaZulu-Natal — prowincji na wschodnim wybrzeżu Republiki Południowej Afryki, a ściślej z rolniczego zaplecza portu, którego nazwę nosi. Pochodzenie Durban Poison da się wskazać z dokładnością do regionu i nigdy do konkretnego pola: materiał wyjechał stamtąd pod koniec lat siedemdziesiątych bez współrzędnych, bez daty pobrania i bez nazwiska zbierającego. Wszystko, co dziś stoi pod tą nazwą, jest wynikiem dwóch osobnych procesów selekcji — jednego, który trwał pokoleniami w Afryce, i drugiego, który trwał kilkanaście lat w Kalifornii i w Holandii.

Te dwa procesy miały inne kryteria, innych wykonawców i inny finał. Pierwszy nie zostawił żadnego dokumentu i praktycznie nie ma dziś beneficjentów; drugi zostawił katalogi nasienne, daty wydań i całą gałąź europejskiej hodowli. Rozejście się tych dwóch selekcji jest właściwą historią tej linii.

Durban Poison — pochodzenie, którego nie potwierdza żaden rejestr

Durban Poison to nazwa handlowa nadana materiałowi wywiezionemu z południowo-wschodniej Afryki na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Odsyła do portu w prowincji KwaZulu-Natal, a nie do jednej populacji: rośliny, z których pochodziły pierwsze nasiona, uprawiano w pasie gospodarstw obejmującym kilka regionów. Nazwy nikt nie zarejestrował i nikt nią nie zarządza.

Ten pas — w piśmiennictwie anglojęzycznym nazywany dagga belt — ciągnie się przez Prowincję Przylądkową Wschodnią, KwaZulu-Natal, Lesotho i Eswatini. Szacunki mówią o dwudziestu do sześćdziesięciu tysięcy drobnych gospodarstw, a największe ich zagęszczenie wypada nie w prowincji z nazwy, tylko w sąsiednim Mpondolandzie, po drugiej stronie granicy administracyjnej. Nazwa handlowa wskazuje więc miasto portowe, przez które materiał wypływał, a nie okolicę, w której rósł. To rozminięcie nie jest szczegółem — będzie wracać w całej tej historii. Z tego samego pasa wyszły zresztą kolejne nazwy o identycznej konstrukcji: Swazi Gold odsyła do dzisiejszego Eswatini, Transkei do dawnej jednostki administracyjnej, która przestała istnieć w 1994 roku.

Roślina miała tam nazwę na długo przed tym, zanim dostała markę

Konopie dotarły w te strony szlakami handlowymi Oceanu Indyjskiego, przywożone na wybrzeże suahilijskie, a stamtąd rozchodziły się w głąb lądu — kiedy Europejczycy dotarli na południe kontynentu, roślina była tam od dawna przedmiotem miejscowej wymiany. Pierwszy zapis słowa, od którego pochodzi dzisiejsze afrikaans dagga, znajduje się w dzienniku Jana van Riebeecka i nosi datę 1658: tłumaczka Krotoa, znana kolonistom jako Eva, opowiedziała mu o ludziach z głębi lądu uprawiających ziele, które określiła słowem z języka khoekhoe.

Języki bantu mają na tę roślinę własne wyrazy: zuluskie insangu, xhoskie intsangu. Rolnicy w Mpondolandzie do dziś nazywają swoją miejscową populację Ntsangu — czyli po prostu „konopie”, bez przymiotnika, bez portu i bez angielszczyzny.

Co robi z rośliną trzydziesty stopień szerokości

Konopie mierzą upływ pory roku długością dnia i przechodzą od wzrostu wzwyż do zawiązywania kwiatów dopiero wtedy, gdy dzień skróci się poniżej pewnego progu. Próg jest dziedziczny i różni się między populacjami, a jego wartość układa się wzdłuż szerokości geograficznej — rządzi nią bowiem czysta arytmetyka nachylenia osi Ziemi.

Miejsce Szerokość Najkrótszy dzień Najdłuższy dzień Rozpiętość w roku
Równik ok. 12 h ok. 12 h praktycznie zero
Durban 29°51′ S ok. 10 h 05 min ok. 13 h 55 min ok. 3 h 50 min
Amsterdam 52°22′ N ok. 7 h 26 min ok. 16 h 34 min ok. 9 h 05 min
Warszawa 52°14′ N ok. 7 h 28 min ok. 16 h 32 min ok. 9 h 04 min

Wartości podano w rachunku geometrycznym, bez poprawki na refrakcję atmosferyczną i na średnicę tarczy słonecznej — w rzeczywistych tablicach wschodów i zachodów każdy z tych dni wypada o kilka do kilkunastu minut dłuższy. Proporcje pozostają te same i to one są tutaj istotne.

Wynika z nich rzecz, która przesądziła o dalszych losach tego materiału. Populacja z okolic równika żyje w świecie prawie bez sygnału: żeby taka roślina w ogóle ruszyła z zawiązywaniem kwiatów, jej próg musi leżeć blisko dwunastu godzin. Przeniesiona do Polski dostaje ten sygnał dopiero około równonocy jesiennej, czyli pod koniec września, i nie zdąża domknąć cyklu przed przymrozkami. Populacja z okolic trzydziestego równoleżnika ma próg wyraźnie wyższy, bo u siebie dzień skraca się w ciągu roku o blisko cztery godziny — a próg rzędu czternastu godzin przekraczany jest w Warszawie już w połowie sierpnia. Sześć tygodni różnicy w kalendarzu bierze się wyłącznie z szerokości, na której materiał powstał. Do Europy trafił więc z zaplecza Durbanu materiał z dziedziczonym ustawieniem zegara, które akurat pasowało do krótkiego północnego sezonu. Nie dlatego, że był w czymkolwiek lepszy — dlatego, że pochodził z właściwej szerokości.

Do tego dochodzi drugi zestaw warunków. Wybrzeże KwaZulu-Natal leży w strefie wilgotnej subtropikalnej, z opadami skupionymi w miesiącach ciepłych, a teren podnosi się szybko: dwieście kilometrów w głąb lądu wystarczy, żeby z parnego wybrzeża wejść w chłodne przedgórze Smoczych Gór. Wilgotne lato premiuje rośliny o luźniejszej budowie kwiatostanów i takie, które kończą swój cykl szybciej, bo im dłużej stoją w wilgoci, tym większe ryzyko porażenia grzybowego; gradient wysokościowy sprawia z kolei, że sąsiadujące doliny stawiają roślinom inne wymagania. Efektem nie jest jedna wyrównana odmiana, tylko mozaika lokalnych populacji na niewielkim obszarze.

Selekcja bez hodowcy — co dokładnie robił rolnik z zaplecza Durbanu

W Mpondolandzie konopie uprawia się w tych samych dolinach od ponad stu lat, a badacze mówią o co najmniej pięciu pokoleniach ciągłości. Żadne z tych pokoleń nie prowadziło dziennika hodowlanego. Selekcja odbywała się mimo to i miała trzy nakładające się mechanizmy.

  • Sito środowiska. Nasiona odkłada się z roślin, które dotrwały do końca sezonu w konkretnej dolinie. Rośliny spóźnione albo porażone potomstwa nie oddają. Nikt nie musi podejmować decyzji — wystarczy, że robi to samo co roku.
  • Dobór nieświadomy w tym sensie, w jakim używał tego pojęcia Darwin. Gospodarz odkłada nasiona z roślin, które czymś zwróciły jego uwagę: zapachem, pokrojem, wczesnością. Kryterium nigdy nie zostaje sformułowane, ale działa konsekwentnie przez dziesiątki lat.
  • Nacisk odbiorcy. Ten mechanizm bywa pomijany, a w tym przypadku jest rozstrzygający. Materiał sprzedawano miejskim pośrednikom, więc to, za co pośrednik płacił więcej, wracało na pole w postaci odłożonych nasion. Selekcja miała rynek na długo przed tym, zanim ktokolwiek nazwał ją hodowlą.

Warto od razu powiedzieć, czego ten proces nie osiągnął, bo akurat to jest sprawdzalne. Materiał wywieziony z Afryki miał wyraźną skłonność do obupłciowości — część roślin zawiązywała organy obu typów. Gdyby selekcja przez pokolenia była tak skuteczna, jak głosi opowieść o „nietkniętych liniach miejscowych”, ta cecha zostałaby usunięta. Nie została, bo nikomu nie przeszkadzała: w gospodarstwie, które co roku wysiewa własne nasiona, rośliny obupłciowe są kłopotem umiarkowanym. Stały się kłopotem dopiero wtedy, gdy materiał trafił do hodowli nastawionej na sprzedaż nasion.

Prawo, które ukształtowało tę selekcję mocniej niż jakikolwiek hodowca

Region z nazwy ma w tej sprawie miejsce szczególne w historii świata. To właśnie w kolonii Natal — czyli tam, gdzie leży Durban — uchwalono w 1870 roku przepis zakazujący posiadania i używania konopi robotnikom kontraktowym sprowadzanym z Indii. Ustawa nosiła nazwę, która dziś jest obraźliwa, a jej motywem była troska o wydajność siły roboczej, nie o zdrowie. Zakaz zaostrzono w 1887 roku, w 1891 objął Kolonię Przylądkową, a na początku lat dwudziestych XX wieku obowiązywał już w całym kraju.

Niemal równocześnie Związek Południowej Afryki wykonał ruch o zasięgu globalnym. W 1923 roku rząd Jana Smutsa wystąpił do Ligi Narodów o objęcie konopi kontrolą międzynarodową, argumentując, że z punktu widzenia tego państwa są one najważniejszym problemem spośród substancji nawykowych. Przy poparciu Egiptu wniosek przeszedł i znalazł odbicie w konwencji genewskiej z 1925 roku. Państwo, z którego pochodzi jedna z najbardziej rozpoznawalnych nazw w katalogach odmian, jest tym samym państwem, które wprowadziło konopie do międzynarodowego systemu kontroli.

Konsekwencje dla materiału roślinnego były dwie i obie okazały się trwałe. Pola przesunęły się w doliny trudno dostępne, więc miejscowe populacje zostały odizolowane skuteczniej, niż zrobiłaby to sama geografia. I żadna instytucja nie zabezpieczyła z nich próbek: nie ma numerów akcesji ani okazów zielnikowych. Materiał, który później podbił europejskie katalogi, przez sto lat nie miał prawa istnieć w żadnym rejestrze.

Jak nasiona wyjechały — wersja obiegowa i wersja Rosenthala

Wersja powtarzana w setkach opisów brzmi tak: Ed Rosenthal pojechał w latach siedemdziesiątych do Republiki Południowej Afryki, w okolicach Durbanu natrafił na materiał domykający cykl w mniej więcej sześćdziesiąt dni i przywiózł nasiona do Stanów Zjednoczonych. Data bywa podawana różnie, najczęściej jako rok 1978.

Sam Rosenthal tę wersję odrzuca. W rozmowie z „High Times” powiedział, że do Afryki Południowej nie pojechał i nie wie, kto tę legendę wymyślił. Według jego relacji materiał wziął się z amsterdamskiego lokalu o nazwie Transvaal, prowadzonego przez białych Południowoafrykańczyków, którzy sprowadzali towar z kraju. Zainteresował się nim z powodu, który dla tej historii jest kluczowy: Afryka Południowa leży daleko od równika, więc ma wyraźne pory roku, podobnie jak Stany Zjednoczone.

Jeżeli ta relacja jest prawdziwa — a pochodzi od bezpośredniego uczestnika zdarzenia — zmienia sens całej opowieści w dwóch punktach. Po pierwsze, pierwszym kryterium selekcji zastosowanym poza Afryką była szerokość geograficzna, a zastosował je kupujący, który nigdy nie widział pola. Po drugie, materiał wyjściowy to nasiona z partii handlowej: garść ziaren, które akurat znalazły się w towarze wysłanym na eksport. Od pola dzieliły je co najmniej dwa zawężenia, zanim ktokolwiek zaczął cokolwiek selekcjonować.

Linia A i linia B, czyli jak pomyłka rozstrzygnęła, co dostała Europa

Nasiona od Rosenthala trafiły do Mela Franka, który przeprowadził pierwszą selekcję z jawnie postawionymi kryteriami; dla tej historii liczy się jedno z nich — wyjątkowo wczesne domykanie cyklu w gruncie. Frank wyprowadził dwie linie, oznaczane w relacjach jako A i B, i uznał linię A za lepszą. Davidowi Watsonowi, znanemu jako Sam the Skunkman, przekazał — jak twierdzi po latach sam Frank, przez pomyłkę — linię B. To ta gorsza linia miała skłonność do obupłciowości i to ona pojechała dalej.

Watson pracował nad nią kilka sezonów w Kalifornii, wybierając rośliny, które tej cechy nie ujawniały, a w połowie lat osiemdziesiątych przeniósł się z materiałem do Amsterdamu. Stamtąd linia rozeszła się po holenderskich firmach nasiennych. Europejski Durban Poison wywodzi się więc z odrzuconej gałęzi selekcji jednego człowieka, wykonanej na garści nasion z partii eksportowej. Chronologia i podział ról różnią się między relacjami — nie ma tu dokumentów, są wspomnienia uczestników spisane po latach — ale akurat w tym punkcie źródła są zgodne.

Warto policzyć zawężenia, bo składają się na całą odpowiedź, czym jest dzisiejszy materiał: populacja z pola → jedna partia eksportowa → garść nasion z tej partii → jedna z dwóch linii Franka → rośliny bez skłonności do obupłciowości → holenderska stabilizacja pod krótki sezon. Pięć zawężeń, z których każde odrzucało więcej, niż zachowywało — a poza ostatnim, opisanym w katalogach nasiennych, żadne nie zostało udokumentowane inaczej niż wspomnieniem uczestnika.

Co przesądziło o karierze tej linii w Europie: arytmetyka, moment i zapach

Rzecz jest mniej oczywista, niż wygląda: w tym samym oknie czasowym docierał do Europy materiał z Tajlandii, Kolumbii, Meksyku, Indii i Afganistanu. Przyjęły się nieliczne linie, a południowoafrykańska przyjęła się wyjątkowo szeroko. Złożyły się na to trzy rzeczy i żadna nie ma nic wspólnego z jakością.

Pierwsza to arytmetyka opisana wyżej. Materiał równikowy — pokrewny hasłom takim jak Thai czy Colombian Gold — w północnej Europie po prostu nie zdążał. Materiał z okolic Hindukuszu, po którym w katalogach zostało hasło Afghani, zdążał, ale był rośliną innego pokroju i innego typu liścia. Południowoafrykański zajmował miejsce, którego prawie nikt inny nie zajmował: wąskolistny, a przy tym wczesny.

Druga to moment. Materiał dotarł do Holandii dokładnie wtedy, gdy tamtejsze firmy nasienne zaczęły szukać czegoś, co poradzi sobie na otwartym powietrzu w klimacie północnym. W latach osiemdziesiątych sięgnęły po afrykańskie sativy — robił to Super Sativa Seed Club, robiła to Dutch Passion, która swoją wersję skrzyżowała z niewielką domieszką materiału indica właśnie pod warunki europejskie. W 1997 roku ta sama firma wydała Power Plant, zbudowaną na kolejnej partii genetyki południowoafrykańskiej. Nazwa Durban stała się dla europejskiej sceny skrótem oznaczającym „coś, co zdąży”.

Trzecia to zapach. Frank opisywał materiał wyjściowy jako słodko-anyżowy — nutę wyrazistą i nietypową na tle tego, co wtedy krążyło. Trafiło to na moment, w którym rynek dopiero uczył się nazywać odmiany przez wrażenie zapachowe zamiast przez miejsce pochodzenia; ta zmiana konwencji rozegrała się równolegle do historii rodziny Skunk #1 i rodziny Haze.

Za każdą z tych trzech rzeczy zapłacono jednak tą samą monetą. Każda kolejna runda selekcji — pod wczesność, pod usunięcie obupłciowości, pod powtarzalność potomstwa — zawężała pulę. To, co stoi dziś w katalogach jako Durban Poison, jest linią ustabilizowaną wyprowadzoną z jednej gałęzi jednej selekcji jednej partii eksportowej jednej populacji. Formalnie trafia na półkę z przewagą sativy. Podział ten opisuje pochodzenie hodowlane rośliny, a nie sposób, w jaki wpływa ona na organizm. Przy materiale tego rodzaju bywa on zresztą podwójnie mylący, bo przypisuje jedną szufladę czemuś, co u źródła było rozkładem cech, a nie punktem — rozróżnienie typów rozbieramy osobno przy podziale na indicę, sativę i hybrydy.

Nazwa: port, angielskie słowo i ludzie, których w niej nie ma

Etymologia obu członów jest prosta, a kłopotliwe są oba — każdy z innego powodu.

Durban to miasto portowe, nie rejon uprawy. Nazwa zapisuje punkt załadunku — tak samo jak w całej warstwie nazewniczej „miejsce plus barwa”, do której należą Acapulco Gold i Panama Red. To nazwy portów i przesmyków, nie pól. Zasięg geograficzny takiej etykiety pozostaje nieokreślony, podobnie jak przy haśle African, które obejmuje kontynent.

Poison to slang handlowy z lat siedemdziesiątych. Nie odsyła do niczego dosłownego; był wyróżnikiem towaru droższego w obrocie, odróżniającym konkretną partię od zwykłego materiału krążącego wtedy w regionie. Słowo dołożyli pośrednicy i kupujący, nie rolnicy — ci mieli i mają własne określenie, cytowane wyżej Ntsangu.

Problematyczność tej nazwy nie polega więc na tym, że jest wymyślona; wszystkie są. Polega na czterech rzeczach naraz:

  • Nie ma właściciela ani rejestru. Urzędowego katalogu odmian tego rodzaju nie prowadzi nikt, więc nazwę może dopisać do czegokolwiek każdy. Nie jest zobowiązaniem, tylko deklaracją.
  • Wskazuje port, a nie populację. Odbiorca czyta ją jako adres pola, choć jest adresem nabrzeża. Najlepiej udokumentowana społeczność rolników z tego pasa mieszka zresztą w innej prowincji niż miasto z nazwy.
  • Powstała w innym języku niż ten, w którym mówili autorzy selekcji. Cała warstwa nazewnicza tego materiału jest angielska, choć praca, która go ukształtowała, była zuluska i xhoska.
  • Nie towarzyszy jej żaden mechanizm podziału korzyści. To akurat nie jest zarzut abstrakcyjny. Republika Południowej Afryki ma na takie sytuacje ramy prawne — ustawę o różnorodności biologicznej z 2004 roku, rozporządzenia o bioprospekcji i podziale korzyści z 2008, a od 2010 również Protokół z Nagoi — i w 2019 roku podpisano na tej podstawie porozumienie o podziale korzyści z rooibos między branżą a ludami Khoi i San. Dla konopi odpowiednika nie ma, choć układ jest identyczny.

Co pokazuje analiza materiału sprzedawanego dziś pod tą nazwą

Współczesny Durban Poison bywa wskazywany jako jedna z nielicznych szeroko handlowanych nazw kojarzonych z przewagą terpinolenu — monoterpenu zapisywanego w rodzinie terpinenów także jako δ-terpinen, obecnego w kwiatach lilaka, w drzewach iglastych, w jabłkach, w kminie rzymskim i w gałce muszkatołowej. Opis Franka sprzed półwiecza brzmiał inaczej: słodko, anyżowo.

Ważniejsze jest jednak co innego. W pracach oznaczających profile lotne opisano próbkę sprzedawaną pod nazwą Durban Poison, w której dominował mircen, a nie terpinolen. Nazwa nie gwarantuje składu — i nie jest to zarzut wobec tej konkretnej nazwy, tylko własność całej warstwy nazewniczej, nad którą nikt nie sprawuje nadzoru. Szerzej lotne składniki rozbieramy przy terpenach; tutaj wystarczy wniosek: nazwa zapisuje trasę handlową, a nie skład chemiczny.

Durban Poison w rodowodach współczesnych odmian

Najciekawsze w tej historii jest to, że materiał bez dokumentacji stał się węzłem w rodowodach linii skądinąd nieźle opisanych. Punktem przejścia jest Girl Scout Cookies.

Wersja podawana przez samych twórców to złożenie OG Kush z fenotypem wyprowadzonym u nich wewnętrznie z Durban Poison, opisywanym jako „F1 Durban”. Pełnego rodowodu kolektyw nigdy nie ujawnił, więc krążą warianty konkurencyjne: jeden dokłada GrandDaddy Purple, inny wskazuje Cherry Pie, samą będącą krzyżówką z udziałem Durbana. Dla naszego tematu istotne jest co innego — w każdej z tych wersji materiał południowoafrykański występuje, a w niektórych występuje dwa razy. Rozbieżność dotyczy proporcji, nie obecności.

Dalej łańcuch jest już jawny i prowadzi przez większość nazw deserowych ostatniej dekady: od Girl Scout Cookies wywodzi się Sunset Sherbert, z niej Gelato, a w tej samej gałęzi stoi Wedding Cake. Warto zestawić to z faktem z początku tekstu: populacja, której nikt nigdy nie zarejestrował, nie zabezpieczył w banku genów ani nie opisał kartą zbioru, stoi u podstawy najszerzej dziś rozpowszechnionej rodziny w katalogach odmian. Pokrewieństwa łatwiej prześledzić w katalogu odmian niż w jakimkolwiek pojedynczym zestawieniu w sieci.

Co zostało w KwaZulu-Natal i w sąsiednim Mpondolandzie

Sytuacja prawna w kraju pochodzenia zmieniła się w ostatnich latach radykalnie. 18 września 2018 roku Trybunał Konstytucyjny w sprawie Minister of Justice and Constitutional Development przeciwko Prince orzekł, że karanie dorosłych za prywatne posiadanie, używanie i uprawianie konopi na własny użytek jest niezgodne z konstytucją. 28 maja 2024 roku prezydent Cyril Ramaphosa podpisał ustawę Cannabis for Private Purposes Act, która ten wyrok wykonuje.

Dla rolników z pasa, o którym mowa w tym tekście, skutek okazał się odwrotny do oczekiwanego. Reportaż serwisu GroundUp z lipca 2024 roku opisuje wsie, w których cena za wiadro materiału spadła z tysiąca pięciuset albo dwóch tysięcy randów do pięciuset; te liczby podaje jeden z cytowanych gospodarzy, Lungisani Khumbafathi. Część niesprzedanego materiału po prostu spalono. Złożyły się na to trzy rzeczy naraz: prywatne uprawy po wyroku, napływ materiału zagranicznego i rozrost nieuregulowanych punktów sprzedaży w miastach.

Wejścia do obiegu legalnego te gospodarstwa nie mają. Zezwolenia wydawane przez południowoafrykański urząd regulacyjny kosztują — według tego samego reportażu — dziesiątki milionów randów i nie uprawniają do sprzedaży publicznej; od 2018 roku wydano ich sto dwa. Agencja rozwoju obszarów wiejskich Prowincji Przylądkowej Wschodniej deklaruje wprawdzie sformalizowanie ponad pięćdziesięciu tysięcy gospodarstw w ciągu dwunastu lat, ale w obecnym stanie rolnicy nie mogą uzyskać zezwolenia na własną populację miejscową — tę samą, którą utrzymują od pokoleń.

To domyka wątek, od którego zaczęliśmy. Selekcja lokalna nie jest stanem ani cechą materiału — jest procesem, który wymaga dwóch rzeczy naraz: ciągłości wysiewu i odbiorcy, dla którego się wysiewa. Kiedy pęka którakolwiek z nich, populacja kończy się w ciągu jednego sezonu, bez ostrzeżenia i bez kopii zapasowej — a nazwa, którą jej nadano gdzie indziej, pracuje dalej na trzech kontynentach.

Pytania o pochodzenie i nazwę Durban Poison

Skąd dokładnie pochodzi Durban Poison?

Z pasa drobnych gospodarstw w południowo-wschodniej Afryce, obejmującego KwaZulu-Natal, Prowincję Przylądkową Wschodnią, Lesotho i Eswatini. Dokładniejszego wskazania podać się nie da, bo nikt nie zapisał miejsca ani daty pobrania pierwszych nasion. Nazwa odsyła do portu, przez który materiał wypływał, a nie do konkretnej okolicy.

Czy Ed Rosenthal przywiózł nasiona z Republiki Południowej Afryki?

Tak brzmi wersja obiegowa, ale on sam jej zaprzecza. W rozmowie z „High Times” stwierdził, że do Afryki Południowej nie pojechał, a materiał pochodził z amsterdamskiego lokalu prowadzonego przez Południowoafrykańczyków sprowadzających towar z kraju. Zainteresował się nim dlatego, że tamtejsza szerokość geograficzna daje wyraźne pory roku, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych.

Skąd w nazwie wzięło się słowo „poison”?

To slangowe określenie handlowe z lat siedemdziesiątych, którym odróżniano partie droższe w obrocie od zwykłego materiału krążącego wtedy w regionie. Nie ma dosłownego znaczenia i nie pochodzi od rolników, którzy ten materiał wyselekcjonowali — dołożyli je pośrednicy i kupujący, po angielsku.

Czy dzisiejszy Durban Poison to ten sam materiał co w latach siedemdziesiątych?

Nie i nie może nim być. Europejska linia wywodzi się z jednej z dwóch gałęzi selekcji Mela Franka, wyprowadzonych z garści nasion pochodzących z partii eksportowej. Potem przeszła kilka sezonów usuwania skłonności do obupłciowości, a następnie stabilizację i krzyżowanie pod warunki północnej Europy. Każdy z tych kroków zawężał pulę wyjściową.

Co Durban Poison ma wspólnego z Girl Scout Cookies?

Girl Scout Cookies powstała z połączenia OG Kush z fenotypem wyprowadzonym z Durban Poison. Pełny rodowód nie został ujawniony i krążą warianty dokładające inne linie, ale materiał południowoafrykański występuje w każdym z nich. Przez Girl Scout Cookies trafił dalej — do Sunset Sherbert, Gelato i Wedding Cake.

Materiał ma charakter informacyjny i encyklopedyczny. Nie stanowi porady medycznej ani zachęty do stosowania. Medyczna marihuana jest w Polsce dostępna wyłącznie na receptę, a o doborze produktu decyduje lekarz prowadzący.

Podziel się: f X
Redakcja

Opisujemy odmiany na podstawie deklaracji producentów i dokumentacji hodowlanej. Gdy dane nie istnieją, zapisujemy to wprost, zamiast podawać domysł.

Reklama Kliniki konopne — katalog placówekKliniki konopne — katalog placówek