Dlaczego nazwa odmiany nie należy do nikogo
Ta sama nazwa odmiany bywa używana przez dziesiątki niezależnych hodowców dla roślin, które czasem nie mają ze sobą nic wspólnego. To nie…

Nazwa White Widow znaczy dosłownie „biała wdowa” i składa się z dwóch członów wziętych z zupełnie różnych porządków: przymiotnika barwnego, odsyłającego do wyglądu rośliny, oraz rzeczownika zapożyczonego z nazwy pająka. Nadano ją w Amsterdamie w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, a w 1995 roku pozycja pod tą nazwą wygrała tamtejszy konkurs branżowy, zgłoszona przez Green House Seed Co. Od tego momentu pierwszy człon zaczął żyć własnym życiem: najpierw jako znak pokrewieństwa, potem jako czysta ozdoba — i wciągnął do katalogów całe zimowe słownictwo. Snow, Ice, Frosted, Arctic, Diamond.
Ten tekst jest historią tego jednego wyrazu — kto go nadał, kiedy, w jakiej kolejności rozszedł się po katalogach i co dzisiaj poświadcza. Zakres jest przy tym węższy, niż mogłoby się wydawać: opisujemy tu nazwy i rodowody, nie walory surowca, więc pytanie „jak to właściwie wygląda” zostawiamy poza tekstem. Dla historii nazewniczej jest ono zresztą poboczne. O losie tego członu przesądziło nie to, do czego się odnosił, tylko to, że dał się doczepić do dowolnej nazwy, a potem oderwać od pierwowzoru i pojechać dalej samodzielnie.
Nazwa jest złożeniem, w którym każdy człon pracuje inaczej. „Widow” stoi w miejscu rzeczownika bazowego — tam, gdzie w innych nazwach tej epoki stały Skunk, Haze albo Kush — i pełni funkcję identyfikacyjną, nie opisową. „White” stoi w miejscu określnika i w chwili nadania nazwy odsyłało do tego, jak roślina wyglądała. Warto od razu odnotować, że w sensie botanicznym nie był to opis barwy tkanki: w tekście o barwach konopi postawiono to wprost — barwa biaława bywa objawem niedoboru chlorofilu, a członowi „white” w tej nazwie odpowiada etykieta rodziny nazewniczej, a nie oznaczenie pigmentu. Rozjazd między potocznym odczytaniem a botaniką jest tu więc od samego początku.
Daty podaje się rozmaicie i trzeba to powiedzieć wprost, bo nie ma instytucji, która mogłaby je rozstrzygnąć. Najczęściej powtarzana wersja umieszcza pierwszą sprzedaż nasion około 1994 roku, a rok później nazwa figuruje już wśród laureatów amsterdamskiego konkursu — historia samego konkursu ma w tym serwisie osobny tekst. Materiał wyjściowy opisywano jako brazylijską sativę skrzyżowaną z indiką z południa Indii, czyli z populacją, którą katalogi notują pod nazwą South Indian Indica. Podział ten opisuje pochodzenie hodowlane rośliny, a nie sposób, w jaki wpływa ona na organizm.
Autorstwo jest sporne od pierwszego dnia i sporne pozostanie. Jedna relacja przypisuje wyprowadzenie linii holenderskiemu hodowcy występującemu jako Ingemar, druga — Scottowi Blakeyowi, znanemu jako Shantibaba, który pracował wtedy dla firmy zgłaszającej nazwę do konkursu. Nie ma daty zgłoszenia, nie ma zdeponowanej próbki, nie ma nikogo z kompetencją do orzekania — mechanizm, przez który nazwa odmiany podąża za marką, a nie za pracą hodowcy, opisuje osobno tekst o czytaniu oznaczenia producenta. Dla naszego tematu ważny jest tylko jeden wniosek: człon „White” wszedł do obiegu wcześniej, niż ktokolwiek zdołał ustalić, czyj jest. Wyraz, którego nikt nie może przypisać sobie na wyłączność, rozchodzi się bez tarcia, i dokładnie to się stało.
Druga połowa nazwy jest ciekawsza, niż się wydaje, bo to ona zdradza, jak nazwa była budowana. „Black widow” to w angielszczyźnie potocznej nazwa pająka z rodzaju Latrodectus — utrwalona na tyle mocno, że funkcjonuje w popkulturze jako gotowy zwrot. Nazwa odmiany powstała przez podmianę pierwszego składnika tego zwrotu: zamiast czarnej wdowy — biała. To zabieg tego samego rodzaju co gra słów w kilkudziesięciu innych nazwach z tamtej dekady, tyle że wyjątkowo udany, bo zachowuje rozpoznawalny rytm oryginału i jednocześnie go przełamuje. Relacje hodowców nie są tu zgodne co do tego, czy skojarzenie z pająkiem było zamierzone od początku, czy dopisano je później; wersja o podmianie przymiotnika jest jednak najprostsza i najlepiej tłumaczy budowę wyrażenia.
Cztery lata później historia dopisała do tego zakończenie, którego nie sposób wymyślić. W 1998 roku Shantibaba odszedł z amsterdamskiej firmy i wkrótce założył własną markę razem z Nevilem Schoenmakersem i Howardem Marksem. Nazwy zostały po starej stronie, więc nowa oferta ruszyła z własnymi oznaczeniami — a jego katalog wprost podaje, że materiałowi znanemu jako White Widow odpowiada u niego pozycja nazwana Black Widow. Przymiotnik odwrócono z powrotem, do formy, od której cała gra słów się zaczęła.
Ten jeden fakt mówi o mroźnym członie więcej niż wszystko inne w tym tekście. Człon barwny okazał się wymienny na swoje przeciwieństwo, a powodem zamiany był podział praw do szyldu, nie żadna zmiana w roślinie. Gdyby przymiotnik naprawdę orzekał coś o materiale, takiej zamiany nie dałoby się przeprowadzić bez kłamstwa — nie można nazwać czarnym czegoś, co się właśnie sprzedawało jako białe, jeśli słowo cokolwiek znaczy. Dało się, bo nie znaczyło. Obie nazwy krążą dziś obok siebie i bywają brane za dwie różne pozycje, choć wedle relacji jednej ze stron sporu stoi za nimi ta sama praca selekcyjna.
Zaraz po nagrodzie zaczęła się faza druga, w której człon nie był już opisem, tylko znakiem pokrewieństwa. Reguła była nieformalna, ale czytelna dla wszystkich uczestników rynku: skrzyżuj coś z White Widow, a wolno ci odziedziczyć jej przymiotnik. Ta zasada przez kilka lat trzymała się zaskakująco dobrze, bo obie strony miały w niej interes — wydawca dostawał gotowy sygnał rozpoznawczy, a czytelnik katalogu naprawdę mógł z niego coś wyczytać.
Najlepiej widać to na trzech pozycjach z drugiej połowy dekady. White Rhino figuruje w materiałach wydawcy jako połączenie White Widow z North American Indica, czyli zbiorczą etykietą północnoamerykańskiego materiału indyjskiego pochodzenia. White Russian, notowana wśród laureatów rocznika 1996 i wydana przez Serious Seeds, to White Widow połączona z AK-47 — nazwa łączy więc dwie konwencje naraz, bo baza pochodzi od karabinu, a określnik od poprzedniczki. White Skunk dokłada trzeci wariant: człon staje przed najstarszą bazą rodzinną rynku, przed Skunkiem #1 i jego potomstwem, i sygnalizuje dolanie nowej krwi do starej linii.
Jednocześnie działo się coś, o czym łatwo zapomnieć: z jednej nazwy wyszły dwa produktywne człony, nie jeden. Obok przymiotnika usamodzielnił się rzeczownik. Blue Widow to krzyżówka z Blueberry, w której dziedziczy się baza, a wymienia określnik; w katalogach spotyka się też Widow Remedy i całą serię pozycji z tym rzeczownikiem. Nazwa rozszczepiła się więc na dwa niezależne znaki rodzinne, z których każdy poszedł w inną stronę — i od tej chwili z samego zapisu nie da się już powiedzieć, czy dana pozycja odwołuje się do przymiotnika, do rzeczownika, czy do obu naraz.
| Kiedy | Co dzieje się z członem | Nazwa, na której to widać |
|---|---|---|
| ok. 1994 | człon zostaje nadany razem z nazwą i odsyła do wyglądu rośliny | White Widow |
| 1995 | nagroda rozgłasza nazwę i czyni z niej wzorzec do naśladowania | White Widow |
| 1996–1998 | człon dziedziczy się po rodzicu — noszą go krzyżówki z White Widow | White Russian, White Rhino, White Skunk |
| 1998–1999 | człon okazuje się wymienny: po rozstaniu w firmie ta sama praca wychodzi pod przeciwnym przymiotnikiem | Black Widow |
| lata dwutysięczne | kopiowane jest pole znaczeniowe, a nie rodowód — nazwy zimowe bez White Widow w rodowodzie | Snow White, ICE |
| po 2010 | te same wyrazy wracają z innego słownika, deserowego, i tylko wyglądają na mroźne | Frosted Cherry Cookies, Ice Cream Cake |
Trzecia faza zaczęła się wtedy, gdy kopiować zaczęto nie rodowód, tylko nastrój. Nazwy z zimowego słownika mnożą się od przełomu wieków, a ich związek z White Widow bywa żaden: Snow White z katalogu Nirvany, Snowcap, Snow Ryder, ICE — również od Nirvany, rozwijane przez wydawcę jako skrótowiec Indica Crystal Extreme, co jest przykładem rozwinięcia dorobionego do gotowego wyrazu, a nie odwrotnie. Dalej idą Arctic, Polar, Glacier, Alaskan i cała reszta. Człon przestał tu odsyłać do czegokolwiek poza samą konwencją — jego jedynym zadaniem jest zasygnalizować, że nazwa należy do znanej rodziny.
Skrzydło mineralne tego samego pola tworzą Diamond, Crystal, Silver i Platinum. Tu konwencja zimowa styka się z zupełnie inną — z hierarchią zachwalającą, zbudowaną na metalach i kamieniach, która ma w tym serwisie własny tekst. Silver Haze jest przypadkiem granicznym idealnym: srebro jest zarazem barwą chłodną i szczeblem w hierarchii kruszców, a nazwa doczepia je do bazy z rodziny Haze. Z zapisu nie da się orzec, które z dwóch znaczeń miał na myśli autor, i podejrzewam, że w wielu wypadkach nie miał na myśli żadnego konkretnego — oba brzmiały dobrze naraz.
Nasycenie jest zresztą wpisane w każdą taką konwencję i to ono ją kończy. Człon odróżnia dopóty, dopóki nosi go mniejszość nazw; kiedy w jednym katalogu stoi obok siebie kilkanaście pozycji z zimowego słownika, wyraz przestaje cokolwiek wyodrębniać i zaczyna pracować przeciwnie do zamiaru — sygnalizuje przynależność do tłumu, a nie wyróżnienie z niego. Dokładnie w tym miejscu rynek zwykle przeskakuje do następnego pola znaczeniowego. Tak też się stało: konwencja mroźna nie została obalona ani zdemaskowana, tylko zużyta przez własne powodzenie, a miejsce określnika przejęły po 2010 roku nazwy deserowe pochodzenia amerykańskiego.
Najciekawsza pułapka czeka jednak na końcu tej historii, a widać ją na dwóch pozycjach z tego katalogu. Frosted Cherry Cookies i Ice Cream Cake wyglądają na człony mroźne, a nie są nimi wcale. W obu wypadkach wyraz pochodzi ze słownika deserowego, który po 2010 roku zdominował amerykańskie nazewnictwo: frosting to lukier, więc frosted znaczy „lukrowane” i odnosi się do ciastka, a ice cream to po prostu lody. Ta sama sekwencja liter obsługuje więc dwie zupełnie różne konwencje, a rozstrzyga o tym wyłącznie kontekst reszty nazwy — obecność wyrazu Cookies albo Cake. Człon, którego przynależności do własnej rodziny nie da się ustalić bez oglądania sąsiadów, nie jest już znakiem niczego.
To, co stało się z „White”, ma w językoznawstwie porządny opis i nie jest specjalnością rynku nasiennego. Mechanizm nazywa się analogią: jeśli jakiś wzór okaże się rozpoznawalny, mówiący zaczynają go powielać, wypełniając to samo miejsce nowymi wyrazami. Amerykański językoznawca Arnold Zwicky ukuł w 2010 roku na pokrewne zjawisko termin libfix — od „liberated affix”, czyli fragmentu uwolnionego z jednego słowa i przyklejanego dalej do dowolnych innych. Podręcznikowe przykłady są znane każdemu: cząstka -gate odczepiona od Watergate w 1972 roku i doklejana od tamtej pory do nazwy każdej afery, -holic wycięte z alcoholic i przeszczepione do workaholic, -thon wyjęte z maratonu i wstawione do telethon, wreszcie -burger, które oderwało się od nazwy Hamburga i przestało cokolwiek o nim mówić.
Warunki są zawsze te same i konwencja mroźna spełnia je wzorowo. Potrzebny jest prototyp o dużej rozpoznawalności — tę rolę odegrała nagroda z 1995 roku, po której nazwę powtarzały wszystkie katalogi. Potrzebna jest powtarzalność, żeby wzór zdążył się utrwalić, i tę zapewniło kilka lat krzyżówek z jednym rodzicem. Potrzebne jest wreszcie to, żeby fragment dał się odczepić bez szkody dla reszty. Tu konopne nazewnictwo miało zadanie łatwiejsze niż angielszczyzna: „White” nie jest cząstką, którą trzeba wykroić ze słowa, tylko osobnym wyrazem, więc reanaliza nie wymagała żadnego wysiłku. Wystarczyło przestać czytać go jako przymiotnik i zacząć jako etykietę.
Dla polskiego czytelnika dochodzi jeszcze jedno piętro, o którym rzadko się mówi. Człon nie został przetłumaczony — w katalogach i na forach nazwy pozostają angielskie, a kalka „biała wdowa” pojawia się co najwyżej jako objaśnienie w nawiasie. Wyraz, który nie przechodzi przez tłumaczenie, przestaje być odbierany jako przymiotnik i staje się elementem graficznym marki. Polski czytelnik widzi „White” mniej więcej tak, jak widzi się logo: rozpoznaje kształt, nie orzeka o treści. Konwencja, która w angielszczyźnie zdążyła się opróżnić przez powielanie, u nas przyjeżdża już pusta.
Zestawmy tę konwencję z tym, co katalogi miały do dyspozycji wcześniej. W latach osiemdziesiątych nazwy budowano głównie z toponimów i z porównań zwierzęcych albo roślinnych. Każde z tych rozwiązań czegoś od czytelnika wymagało — i to jest pierwszy powód, dla którego przymiotnik barwny wygrał.
Z tego zestawienia wychodzi paradoks, który jest właściwą pointą całej konwencji. Człon barwny ma formę zdania sprawdzalnego, a zachowuje się jak zachwała. „Premium” albo „Super” każdy odczyta jako pustą pochwałę i odpowiednio je zdyskontuje; przymiotnik odsyłający do rzeczy sprawia wrażenie, jakby o czymś informował, i dostaje od czytelnika kredyt zaufania, na który nie zapracował. A kiedy w drugiej fazie stał się znakiem pokrewieństwa, a w trzeciej — samym nastrojem, przestał nawet udawać, że cokolwiek stwierdza. Forma pozostała ta sama przez wszystkie trzy fazy, co jest zresztą stałą cechą tego rynku: nazwy nie zmieniają zapisu, gdy zmienia się ich zawartość.
Praktyczny wniosek z historii tego wyrazu jest taki, że w dowolnej nazwie z mroźnym członem możliwe są co najmniej trzy odczytania, a zapis nie podpowiada, które z nich obowiązuje.
Odczytanie rodowodowe. W deklarowanym rodowodzie stoi White Widow i człon jest po niej odziedziczony. Tak działa w pozycjach z lat 1996–2000 i to jedyny wariant, w którym wyraz w ogóle stwierdza fakt — nawet jeśli fakt niesprawdzalny, bo deklaracja rodowodu pochodzi zawsze od sprzedającego.
Odczytanie katalogowe. Człon należy do rodziny nazw jednego wydawcy i mówi o przynależności pozycji do jego oferty, a nie o roślinie. Rozpoznaje się je po tym, że ten sam wyraz powtarza się w kilku niepowiązanych ze sobą pozycjach tego samego katalogu.
Odczytanie puste. Wyraz dobrano do nastroju, bo pasował do konwencji i był wolny. Tak jest w większości nazw zimowych z lat dwutysięcznych, a po 2010 roku dochodzi jeszcze możliwość czwarta: że wyraz w ogóle nie należy do tej konwencji i przyszedł ze słownika deserowego.
Rozróżnić te warianty można trzema pytaniami, w tej kolejności. Czy w deklarowanym rodowodzie stoi White Widow? Czy ten sam człon wraca u tego samego wydawcy w pozycjach, które nie są ze sobą spokrewnione? Czy reszta nazwy nie należy przypadkiem do słownika deserowego? Szersza instrukcja czytania takich opisów jest w tekście o tym, jak czytać opis odmiany. Czego natomiast człon nie poświadcza nigdy: żadnej wielkości mierzalnej, żadnego progu i żadnego orzeczenia instytucji, bo w tym nazewnictwie nie istnieje podmiot, który mógłby przymiotnik nadać albo odebrać.
Kłopot polega na tym, że nawet ta trójka pytań nie daje pewności, bo brakuje najważniejszego oparcia — daty. Nazwy odmian nie mają momentu rejestracji ani miejsca, w którym odnotowano by pierwsze użycie członu, więc ustalenie, czy dana pozycja pochodzi z fazy rodowodowej, czy z późniejszej, opiera się wyłącznie na katalogach handlowych. A te bywają antydatowane, przepisywane jedne od drugich i wznawiane latami bez zmiany opisu. To nie jest luka w wiedzy, którą dałoby się nadrobić uważniejszym szukaniem: nie istnieje instancja, która miałaby obowiązek cokolwiek z tego zapisywać, więc chronologia całej konwencji jest odtwarzana z materiałów reklamowych jej uczestników.
Przymiotnik przed nazwą bazową to na tym rynku miejsce zajmowane przez kilka niezależnych konwencji, a różnią się one jedną rzeczą: tym, do czego odsyłają. Do rzeczy, do rodowodu albo do katalogu.
Do rzeczy odsyłają człony barwne z rodziny fioletowej i niebieskiej. Granddaddy Purple nosi określenie, za którym stoi opisany szlak biochemiczny — antocyjany, ich rdzenie i odczyn wakuoli — więc jest to jedyna grupa przymiotników, którą da się przypisać do konkretnej cząsteczki i konkretnych genów. Nie znaczy to, że każda tak nazwana pozycja rzeczywiście barwę wykształci; znaczy tylko, że twierdzenie ma odpowiednik w chemii i można je sprawdzić.
Do miejsca odsyłają człony metaliczne doczepione do toponimów. W nazwie Acapulco Gold złoto nie jest szczeblem w żadnej hierarchii — działa jak przydomek związany z konkretnym pochodzeniem i konkretnym okresem obiegu tego materiału. Ta sama sekwencja liter w nazwie zbudowanej na hierarchii kruszców znaczy coś zupełnie innego, co pokazuje, jak mało wnosi sam wyraz w oderwaniu od reszty.
Do zmysłu odsyłają człony zapachowe i smakowe. Nazwa Cheese powstała jako określenie porównawcze i ma tę wyjątkową cechę, że jako jedna z niewielu na tym rynku daje się obalić — wystarczy nos i chwila. Przymiotniki zachwalające, w rodzaju Super, Royal czy Platinum, stoją poza tym podziałem, bo nie stawiają żadnego zdania i mają w tym serwisie osobny tekst.
Konwencja mroźna jest jedyną, która przeszła przez wszystkie trzy szczeble po kolei. Zaczęła przy rzeczy, przeniosła się do rodowodu, skończyła w katalogu — i nie zostawiła po drodze żadnego śladu, po którym dałoby się poznać, na którym szczeblu stoi dana nazwa. To właśnie czyni ją najtrudniejszą do odczytania rodziną członów w całym tym nazewnictwie, mimo że wygląda na najprostszą.
Dosłownie „biała wdowa”. Nazwa powstała przez podmianę przymiotnika w utrwalonym angielskim zwrocie oznaczającym pająka z rodzaju Latrodectus. Człon „White” odsyłał w chwili nadania do wyglądu rośliny, ale w sensie botanicznym nie był opisem barwy tkanki i bardzo szybko przestał być opisem czegokolwiek, stając się etykietą rodziny nazw.
Nie. Przez kilka lat po 1995 roku obowiązywała nieformalna zasada, że człon dziedziczą krzyżówki z White Widow, i tak jest w White Rhino, White Russian czy White Skunk. Od przełomu wieków wyraz bywa dobierany swobodnie, bez żadnego związku z tą linią, a sprawdzić to można wyłącznie w deklarowanym rodowodzie — i tylko na tyle, na ile deklaracji sprzedającego się ufa.
Bo w 1998 roku doszło do rozstania w amsterdamskiej firmie, która wydawała pierwszą z tych nazw. Nazwy zostały po stronie firmy, więc odchodzący hodowca wypuścił swoją wersję pod oznaczeniem z odwróconym przymiotnikiem. Zmiana dotyczyła praw do szyldu, nie rośliny — i jest najlepszym dowodem, że człon barwny niczego w tym nazewnictwie nie poświadcza.
Nie i to najczęstsze nieporozumienie przy tej rodzinie. W nazwach takich jak Frosted Cherry Cookies czy Ice Cream Cake wyraz pochodzi ze słownika deserowego, który zdominował nazewnictwo po 2010 roku: frosting znaczy lukier, a ice cream to lody. O przynależności rozstrzyga reszta nazwy, nie sam człon.
Zaczęła się w połowie lat dziewięćdziesiątych w Amsterdamie i najsilniej pracowała do przełomu wieków. Potem konwencja nasyciła się przez powielanie, a po 2010 roku miejsce określnika przejęły w dużej mierze nazwy deserowe pochodzenia amerykańskiego. Zimowe wyrazy nadal pojawiają się w katalogach, ale zwykle jako ozdoba albo jako element nazwy należącej już do innej konwencji.
Jak liczna jest rodzina, po której te człony krążą, i ile razy ten sam przymiotnik wraca w różnych rolach, najlepiej widać na zestawieniu wszystkich odmian.
Materiał ma charakter informacyjny i encyklopedyczny. Nie stanowi porady medycznej ani zachęty do stosowania. Medyczna marihuana jest w Polsce dostępna wyłącznie na receptę, a o doborze produktu decyduje lekarz prowadzący.
Opisujemy odmiany na podstawie deklaracji producentów i dokumentacji hodowlanej. Gdy dane nie istnieją, zapisujemy to wprost, zamiast podawać domysł.
Ta sama nazwa odmiany bywa używana przez dziesiątki niezależnych hodowców dla roślin, które czasem nie mają ze sobą nic wspólnego. To nie…
"Odmiana" w świecie konopi brzmi jak termin naukowy, ale w Polsce i UE nie ma dla marihuany żadnego urzędowego rejestru, jak dla…
Polskie nazwy odmian marihuany nie są nazwami nadanymi — są nazwami, którym coś się po drodze przydarzyło. Żadna instytucja ich nie ustaliła,…
Używamy plików cookie niezbędnych do działania strony. Za Twoją zgodą chcemy też mierzyć ruch i wyświetlać reklamy. Zgody nie musisz udzielać — strona działa bez niej tak samo. Polityka prywatności